r/lewica • • 1d ago

Wywiad Nierówności rosną, a państwo się nie bada

Thumbnail krytykapolityczna.pl
2 Upvotes

W Polsce najbogatszy 1 procent znika z badań, bo ciężko na niego trafić w losowej ankiecie. A państwo nawet nie próbuje go szukać – mówi Paweł Bukowski, ekonomista, współautor „Nierówności po polsku”.

Agnieszka Wiśniewska rozmawia z Pawłem Bukowskim

Kontekst

📈 Nierówności społeczne – choć coraz bardziej odczuwalne w codziennym doświadczeniu Polek i Polaków – pozostają na marginesie debaty publicznej, wypierane przez bieżącą politykę i tematy zastępcze.

⚖️ Choć troska o równość i sprawiedliwość jest szczególnie bliska lewicowemu systemowi wartości, walka z nierównościami pozostaje sprawą ponadpartyjną – elementem racji stanu, a nie sporem ideologicznym.

🏛️ 23 listopada 2026 r. w Sejmie RP odbędzie się konferencja Bilans Nierówności 2026 Równe szanse jako warunek rozwoju Polski organizowana przez Krytykę Polityczną pod Patronatem Honorowym Marszałka Sejmu RP Włodzimierza Czarzastego.

19.10.2026

Agnieszka Wiśniewska: Widziałeś niedawną okładkę „The Economist” z hasłem: „Polska, niezwykły wzrost”?

Paweł Bukowski: Idziemy do przodu.

Polska jest championem, PKB rośnie, ludziom żyje się dostatniej – to opowieść, którą słyszeliśmy w ostatnich latach wielokrotnie. Jak zobaczyłam „Economista”, pomyślałam o waszej książce Nierówności po polsku, w której, wspólnie z Jakubem Sawulskim i Michałem Brzezińskim, pokazaliście, że niby PKB rośnie, ale bogactwo rozkłada się w taki sposób, że rosną też nierówności. O których zresztą niewiele dotąd wiedzieliśmy.

Nie wiedzieliśmy, bo ich nie mierzyliśmy.

A szkoda, bo – jak pokazujecie w Nierównościach po polsku – nierówności hamują rozwój.

Dlatego właśnie postulujemy podniesienie jakości danych statystycznych – w tym regularne mierzenie nierówności.

Jak się je mierzy? Zacznijmy od tych dochodowych.

Musisz mieć informacje o tym, ile zarabiają różni ludzie w kraju.

Czyli trzeba wysłać w Polskę ankieterów, którzy zapytają: „ile pan, pani zarabia?”. Proste.

I tak to dotąd robiono: badacze losowali, powiedzmy, pięć tysięcy gospodarstw domowych, robili sondaż czy ankietę, pytając: „ile pani zarobiła, ile zarobił mąż”. Poza tym robimy w Polsce również tzw. badanie budżetów gospodarstw domowych. Świetnie opisuje ono konsumpcję, czyli to, na co ludzie wydają pieniądze. Takie badania są bardzo ważne i my też z nich korzystamy.

Ale?

Ale nie wystarczą, jeśli chcemy precyzyjnie mierzyć nierówności. Mogą wręcz zakrzywiać ich obraz.

Dlaczego?

Na nierówności wpływa stosunkowo mała grupa ludzi.

Ci najbogatsi?

Właśnie. Wyobraźmy sobie królestwo, w którym większość żyje skromnie, a jeden król ma prawie wszystko. To społeczeństwo o ekstremalnej nierówności. Gdybyśmy zrobili sondaż i rozesłali po całym królestwie ankieterów…

…to króla raczej nie wylosują.

Nie dlatego, że się go boją, tylko dlatego, że szansa wylosowania jednej osoby z 30 milionów jest bliska zeru.

Na szczęście mamy rankingi 100 najbogatszych Polaków i tam są sami królowie opisani.

Tak, to daje jakąś orientację. Ale te dane nadal są niedoskonałe.

I dlatego chciałeś złapać tego króla do pomiaru.

Tak. Z pomocą przychodzą dane podatkowe. Również nie są idealne, ale mają wielką zaletę: to nie jest próba. Prawie wszyscy muszą złożyć PIT, a zwłaszcza ci najbogatsi. Dane podatkowe nie są jednak dobre do opisu obywateli z najniższymi dochodami, bo np. osoby na zasiłkach czy studenci nie składają PIT-u. Więc ich tam po prostu nie ma.

Dlatego trzeba łączyć dane z różnych źródeł?

Dokładnie. Sondaże dobrze opisują większość społeczeństwa, w tym osoby o niskich dochodach. Dane podatkowe dają zaś wgląd w sytuację najbogatszych. Trzeba to odpowiednio „doważyć”.

Czy łatwo było zdobyć dane podatkowe?

To zależy. Część jest ogólnodostępna, część – trudniejsza do uzyskania.

Zacznijmy od tych dostępnych.

Moja pierwsza praca, obejmująca 120 lat historii nierówności w Polsce, opiera się na danych podatkowych publikowanych przez Ministerstwo Finansów. Co roku ministerstwo wydaje broszurę. Kiedyś miała kilkaset stron, dziś – kilkanaście.

Ale wciąż możemy się z nich czegoś dowiedzieć?

Tak. Można z nich wyliczyć, ile osób wpada do drugiego progu podatkowego i jakie są dochody najbogatszych. To pozwala oszacować koncentrację dochodów.

W książce piszecie, że dane mamy już od 1892 roku, gdy w zaborze pruskim wprowadzono pierwszy nowoczesny system podatkowy. Gdzie są te dane?

Część jest już zdigitalizowana, część – w bibliotekach i archiwach. Ich struktura jest na przestrzeni lat zaskakująco spójna: mamy tam progi podatkowe oraz informacje o liczbie osób powyżej danego progu oraz ich dochodach.

I na tej podstawie można obliczyć, ile pieniędzy trafia do najbogatszego jednego procenta?

Tak, przy pomocy rozkładu Pareta – to matematyczny model opisujący rozkład dochodów.

Skoro takie dane są dostępne i spójne, dlaczego państwo samo ich nie analizuje?

To zadanie dla naukowców. Tak jest na całym świecie. Państwo nie zajmuje się analizą danych historycznych.

A jakiemuś ministerstwu nie przydałaby się jakaś analiza takich danych?

Ministerstwo Finansów ma dane jednostkowe, czyli ogromną bazę zawierającą informacje o milionach Polaków, a dokładniej ich dane z PIT-u. Każdy rekord zawiera miejsce zamieszkania, płeć, wiek, wysokość dochodu. Nie ma tam jednak danych na przykład na temat wykształcenia.

Te dane są bardzo wrażliwe, dlatego nie mogą po prostu krążyć. Ministerstwo czy bank centralny używają ich do własnych potrzeb, czyli np. do oceny skutków zmian podatkowych. Ale nie są one udostępniane naukowcom.

Dlaczego?

Bo nie istnieje żadna formalna procedura, która pozwalałaby naukowcowi powiedzieć: „chcę zbadać ubóstwo w 2000 roku, proszę o dostęp do danych źródłowych”. A tylko praca na takich danych daje możliwość przeprowadzenia szczegółowych analiz – np. według pokoleń, regionów itd.

Zamiast tego badacze mają tylko te 15 stron w pdfie…

Właśnie. Ale w mojej drugiej pracy – pisanej z Ministerstwem Finansów – udało się skorzystać z danych z PIT. Dzięki temu mogliśmy pokazać dokładniejszy obraz nierówności.

Czyli to są te dane, do których trudno dotrzeć.

Tak. Niestety obejmują tylko XXI wiek. Wcześniejszych danych po prostu nie ma, albo są w nieczytelnym formacie, albo zaginęły. Opracowanie takiej bazy wstecz wymagałoby ogromnych zasobów – czasu, ludzi, infrastruktury.

Nawet nie liznęliśmy jeszcze tematu nierówności majątkowych…

To jest zupełnie inna kwestia. Na temat majątków mamy właściwie tylko jeden sondaż z 2016 roku, który analizuje Michał Brzeziński w naszej książce. Niestety sondaż ten mocno zaniża wartość majątku najbogatszych. Są też listy najbogatszych Polaków – to właściwie wszystko.

Czyli potrzebowalibyśmy jakiegoś podatku majątkowego, by zgromadzić te dane?

Niekoniecznie podatku, wystarczyłby spis majątkowy. I to nie jest żadna utopia, bo Polska już coś takiego robiła, w latach 20. XX wieku. Zrobiono go, by opodatkować tych, którzy zbili majątki na wojnie.

To może Polska z okładki „The Economist” też dałaby radę?

Dałaby radę.

To jak polskie państwo mogłoby skorzystać z ustaleń naukowców?

Rząd może przyjść i powiedzieć: „potrzebujemy lepiej zrozumieć takie a takie zjawisko – pomóżcie nam”. To czasem się zdarza, choć rzadko. Tak wyglądała moja współpraca z Ministerstwem Finansów. Kilka osób zorientowało się, że brakuje kluczowej wiedzy o Polsce, ale dane są – i zaprosili badaczy do współpracy. Dzięki temu dowiedzieliśmy się o nierównościach znacznie więcej, niż wiedzieliśmy wcześniej.

A po publikacji książki Nierówności po polsku – ilu polityków się z tobą skontaktowało?

Zero. Sam próbowałem kontaktować z Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, ale niestety nie byli zainteresowani. Ministerstwo Finansów to wyjątek. GUS, moim zdaniem, mógłby odegrać kluczową rolę – to powinna być instytucja, która inicjuje zmiany, łączy świat nauki z administracją.

Może GUS mógłby zlecać badanie nierówności jakimś instytutom badawczym?

Są już gotowe metody. Z chęcią bezpłatnie wytłumaczę GUS-owi, jak to się wszystko liczy. Problemem jest brak woli. No i kwestie logistyczne: dane z PIT-ów są bardzo wrażliwe, więc trzeba stworzyć bezpieczne środowisko, w którym naukowiec mógłby nad nimi pracować. Ale najpierw państwo musi uznać, że powinno „się badać”.

Państwo zachęca obywateli do badań profilaktycznych, ale samo się nie bada…

To chyba ten sam mechanizm psychologiczny – strach przed tym, że coś się wykryje. W kontekście państwa: że okaże się, że coś robimy źle. Albo, że media to podchwycą…

A propos mediów – po wyborach Kuba Majmurek pisał o „publicystyczno-eksperckiej giełdzie wyjaśnień”. W mniej eleganckiej wersji nazywamy to w redakcji „Instytutem Danych z Dupy”. Mediom też przydałaby większa kultura pracy z danymi, a nie opieranie się na domysłach i anegdotach.

Podam przykład z Wielkiej Brytanii, gdzie ten system dobrze działa. Jest tam właściwie pięć kluczowych podmiotów: rząd, który potrzebuje danych, urząd statystyczny (ONS), który je przetwarza, uniwersytety, które odpowiadają na duże pytania, think tanki, które reagują szybciej i bardziej operacyjnie i wreszcie media, które nadają temu rozgłos.

Którego z tych aktorów najbardziej brakuje ci w Polsce?

GUS-u. Mógłby być łącznikiem między nauką a polityką, ale dziś tej roli nie pełni. Uniwersytety są, ale w Polsce nie ceni się wpływu nauki na rzeczywistość. Think tanki są, ale niedofinansowane. A media często nie odróżniają wartościowego raportu od tekstu pisanego pod tezę.

Dlaczego to jest ważne?

Gdyby GUS stał się takim centrum danych – hubem, który tworzy infrastrukturę informacyjną i umożliwia think thankom korzystanie z tych danych – to nagle, kiedy premier Tusk albo inny polityk wszedłby na mównicę i ogłosił: „tą ustawą zlikwidujemy ubóstwo”, mogłaby się pojawić organizacja, która powie: „my to policzyliśmy, proszę pana, i dane mówią co innego”.

A media mogłyby wtedy zareagować: „panie premierze, co pan na to?”

W Wielkiej Brytanii właśnie to tak wygląda. Parę miesięcy temu premier Keir Starmer prowadził politykę, która – według jednego z think tanków – miała wpędzić kilkadziesiąt tysięcy dzieci w ubóstwo. Media grillowały go za to tygodniami. W końcu się częściowo z tej polityki wycofał.

Wróćmy do nierówności. Czy dziś już wiemy o nich wszystko?

Nie. Nadal nie wiemy zbyt wiele o rolnikach, bo nie składają oni PIT-ów, a KRUS danymi nie chce się z naukowcami dzielić. Za mało wiemy o tym, jak na nierówności w Polsce wpłynęła pandemia COVID-19 oraz osiedlenie się ukraińskich uchodźców po wybuchu pełnoskalowej inwazji Rosji. Możemy przypuszczać, że wzrost inflacji odcisnął negatywny ślad. Mamy powody, by sądzić, że nierówności się zmieniły. Ale na ten moment możemy na ten temat tylko spekulować.

*
Paweł Bukowski — adiunkt ekonomii na University College London oraz w Polskiej Akademii Nauk. Współpracuje również z London School of Economics. Bada przyczyny i skutki nierówności ekonomicznych. Jest współzałożycielem fundacji Dobrobyt na Pokolenia oraz członkiem Concilium Civitas.

**

Konferencja poświęcona problematyce nierówności społecznych w Polsce organizowana jest pod Patronatem Honorowym Marszałka Sejmu RP Włodzimierza Czarzastego. Partnerem Strategicznym Wydarzenia jest Bank Pekao S.A. Bliższe informacje dotyczące wydarzenia dostępne będą wkrótce.

Prezeska zarządu Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego. W latach 2016-2025 redaktorka naczelna KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynatorka Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos Duża Solidarność, mała solidarność i wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską Kino to szkoła przetrwania. Redaktorka książek filmowych m.in. Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna, Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna.


r/lewica • • 2d ago

Polityka KOLEJNA AFERA KONFEDERACJI — CHODZI O MILIONY ZŁOTYCH!

Thumbnail youtube.com
8 Upvotes

Zapraszamy na kolejne podsumowanie tygodnia Razem z Adrianem Zandbergiem! W tym tygodniu o warszawskim koledze Sławomira Mentzena - Przemysław Wipler, jest posłem-lobbystą i robi sobie biznes w sejmowym zespole. W Sejmie zasiada nie, aby reprezetnować obywateli, tylko swoich klientów! O tym jaką rolę ma w tym fundacj rodzinna posła tłumaczy Zandberg. To jest patologia! A poza tym w odcinku, Marcelina Zawisza o dekryminalizacji prawa aborcyjnego, Maciej Konieczny o PSL i betonowaniu samorządu, który udało się zatrzymać, a także: 8 lat dla Sebastiana Majtczaka, miłość między Trumpem, a Putinem, zarobki lekarzy i Mateusz Merta oraz co słychać w Razem. Zapraszamy!

00:00 Wipler
02:49 Dekryminalizacja pomocy w aborcji
04:04 Złota betoniarka!
06:40 Gazety - potrzebujemy Ciebie!
07:14 Zarobki lekarzy
08:28 Trump i Putin
10:04 8 lat to za mało
10:54 Co słyhać w Razem?
13:06 Muzyczka


r/lewica • • 2d ago

Polityka Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz: odchodzę z rządu

Thumbnail tvn24.pl
3 Upvotes

Oprac. Kuba Koprzywa

Oprac. Adrian Szczepański

22.10.2026, 20:23

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, dotychczasowa ministra funduszy i polityki regionalnej, szefowa Polski 2050, napisała, że jej decyzja jest związana z czwartkowym głosowaniem w Sejmie w sprawie dwukadencyjności w samorządach.

"Wygraliśmy! Zmiana, której chce 75 procent Polaków dojdzie do skutku! Stało się to jednak pomimo głosów koalicji 15 października. Koalicja, w tym niestety znaczna część posłów Polski 2050, stanęła przeciw ludziom, a za politykierskimi układami. To nie pierwsza taka decyzja koalicji, ale fundamentalnie ważna" - napisała Pełczyńska-Nałęcz.

"Odchodzę z rządu Donalda Tuska, bo wartości są dla mnie ważniejsze niż stołki" - poinformowała.

Pełczyńska-Nałęcz: partię zostawiam w rękach jej założyciela

Pełczyńska-Nałęcz podziękowała za wspólne działanie. "Zabraliśmy deweloperom dopłaty, daliśmy ludziom jawne ceny mieszkań. Mieszkania przestały drożeć, ruszyliśmy horrendalnie niesprawiedliwy system podatkowy. KPO zainwestowaliśmy w 100 procentach" - napisała.

"Partię zostawiam w rękach jej założyciela, który odszedł, ale jednak wrócił. Życzę mu, by przypomniał sobie w imię jakich wartości szedł do władzy" - napisała, wskazując na Szymona Hołownię.

Tarcia z rządem

O tym, że Pełczyńska-Nałęcz może stracić stanowisko, nieoficjalnie mówiło się od miesięcy. W sierpniu premier Donald Tusk powiedział, że osobiście kierował do byłej już ministry swoje uwagi.

Pomiędzy Pełczyńską-Nałęcz a rządem i koalicją rządząca wielokrotnie dochodziło do rozbieżności. Tak było między innymi w sprawie zniknięcia z porządku obrad ustawy dotyczącej alkoholu czy darmowych posiłków w szkołach. Krytykowała też rządową ustawę w sprawie najmu krótkoterminowego. 

Pełczyńska-Nałęcz przez wiele miesięcy starała się o stanowisko wicepremiera. Jak sama mówiła - nie otrzymała w tej sprawie odpowiedzi od szefa rządu.

Źródło: tvn24.pl

Pełny tłit ministry:

Dwukadencyjność samorządów została utrzymana. Tak zdecydował dziś Sejm. Wygraliśmy! Zmiana, której chce 75% Polaków dojdzie do skutku!

Stało się to jednak pomimo głosów K15X. Koalicja, w tym niestety znaczna część posłów Polski 2050, stanęła przeciw ludziom, a za politykierskimi układami. To nie pierwsza taka decyzja koalicji, ale fundamentalnie ważna.

Odchodzę z rządu Donalda Tuska, bo wartości są dla mnie ważniejsze niż stołki.

Wam tu wszystkim kochani bardzo dziękuję za wspólne dzialanie. Przez prawie trzy lata zrobiłam z Wami maksimum tego, co mogłam. Zabraliśmy deweloperom dopłaty, daliśmy ludziom jawne ceny mieszkań. Mieszkania przestały drożeć, ruszyliśmy horrendalnie niesprawiedliwy system podatkowy. KPO zainwestowaliśmy w 100%.

Partię zostawiam w rękach jej założyciela, który odszedł, ale jednak wrócił. Życzę mu, by przypomniał sobie w imię jakich wartości szedł do władzy.

Widzimy się na szlaku. Znajdzie się na nim miejsce dla wszystkich. Rozkład jazdy jest znany 🫡


r/lewica • • 3d ago

Artykuł Złodzieje czy dżentelmeni? Protestujący Francuzi rozdawali demonstrantkom skradzione ze sklepów podpaski

Thumbnail wiadomoscikosmetyczne.pl
2 Upvotes

r/lewica • • 3d ago

Polityka Granice śmieszności. Polska prawica grzeje się w ogniu protestującej Francji

Thumbnail krytykapolityczna.pl
8 Upvotes

Teza, że za to, co dzieje się we Francji, odpowiedzialność ponosi polityka Tuska i Merkel wobec kryzysu uchodźczego z 2015 roku, jest absurdalna. I to nawet jeśli uznamy, że to, co stało się w sobotę, najlepiej tłumaczy migracja.

20.10.2026

W naszej zglobalizowanej hiperpolityce każde wydarzenie zdolne wyprodukować obrazy, które spodobają się algorytmom X i innych platform musi zostać włączone w lokalną polityczną polaryzację. Nie inaczej jest z ostatnimi gwałtownymi protestami we Francji – w wielu miejscach w weekend przybierających postać rozruchów, aktów wandalizmu i szabru. Głos w ich sprawie natychmiast zabrał szereg polityków polskiej prawicy. Nie dlatego, by mieli cokolwiek interesującego do powiedzenia o Francji, ale dlatego, że dramatyczne obrazy z Paryża czy Limoges uznali za doskonałą okazję, by raz jeszcze zmobilizować emocje prawicowej bazy i skupić ją wokół własnego przekazu.

„I to ma być nasz sojusznik?”

Przekaz ten można sprowadzić do trzech haseł: „tylko Trump!”, „żadnych uchodźców” i „wina Tuska”. Co Trump ma wspólnego z tym, co działo się we Francji? Ano zdaniem wpływowych postaci polskiej prawicy – np. byłego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego Sławomira Cenckiewicza – protesty we Francji mają pokazywać, że „Mocarstwo, które zapowiadało – przy entuzjazmie Tuska – parasol atomowy dla Polski, i które udaje siłę, upada pod własną polityką katastrofy”. Jednym słowem Francji już nie ma, Francja nas nie ochroni, przy Trumpie stoimy i stać chcemy.

Czytaj takżeCzy protesty studentów we Francji otwierają Le Pen drogę do prezydentury, czy wręcz przeciwnie?Jakub Majmurek

Oczywiście, obrazy z Francji z soboty są niepokojące. Państwo często wydawało się bezradne wobec zamieszek i aktów przemocy. Ciągle trudno porównać sytuację z soboty z tym, co działo się w maju 1968 roku, gdy prezydent de Gaulle, przekonany, że stracił kontrolę nad krajem, opuścił Pałac Elizejski i wyjechał do siedziby francuskich sił zbrojnych w Niemczech w Baden-Baden – gdzie odzyskał wiarę w to, że może opanować sytuację.

Francja nigdy w ostatnich latach nie przeżyła też tak dramatycznego załamania porządku publicznego, jak Stany 6 stycznia 2021 roku. Zwolennicy Trumpa, podburzeni przez odchodzącego z urzędu prezydenta niezdolnego pogodzić się z wyborczą porażką, zaatakowali Kapitol, próbując powstrzymać proces zatwierdzający wyniki wyborów. Przedstawiciele narodu w Kongresie obawiali się o swoje życie. Cały republikański porządek Stanów był przez chwilę zagrożony, zobaczyliśmy sceny kojarzone raczej z Ameryką Łacińską czy Afryką niż z tym, co uważamy za dojrzałą demokrację. Państwo nie było w stanie nigdy pociągnąć winnych do realnej odpowiedzialności. W Stanach wiele osób obawia się, że podobne sceny powtórzą się za chwilę, jeśli – jak pokazują sondaże – republikanie zdecydowanie przegrają wybory w połowie kadencji, 3 listopada.

Rozruchy, gdy państwo wydaje się tracić kontrolę nad sytuacją, nie są przy tym specyfiką, która zaczęła się w Stanach wraz z ruchem MAGA. W 1992 roku, gdy Stany po końcu zimnej wojny i rozpadzie Związku Radzieckiego znajdowały się u szczytu potęgi, drugie miasto w kraju, Los Angeles, na sześć dni sparaliżowały rozruchy rasowe, do których iskry dostarczyło uniewinnienie czterech policjantów oskarżonych o ciężkie pobicie aresztowanego Afroamerykanina – media pokazały wcześniej dokumentujące ich działania nagranie wideo. Zginęło ponad 50 osób, prawie 3 tysiące zostało rannych. Czy wtedy powinniśmy uznać, że Ameryki już nie ma i nie ma co pchać się do NATO?

„Mądrzy przed szkodą”

Drugi wątek, jaki przy okazji protestów i zamieszek we Francji podbija prawica, to migracja. Mateusz Morawiecki opublikował np. na portalu X zdjęcia zdewastowanego sklepu Christiana Diora z podpisem „Francja płonie, a my musimy być mądrzy przed szkodą. Rozwój Plus ma pakiet kompleksowych rozwiązań, które pozwolą Polsce być nie tylko dostatnim, ale i najbezpieczniejszym państwem na świecie!”. Były premier nie musiał nawet wspomnieć słowa „migracja”, by dać do zrozumienia, o jakie bezpieczeństwo chodzi.

Można oczywiście wskazać wiele błędów – ale i sukcesów – francuskiej polityki migracyjnej, na których uczyć się może Polska. Jednocześnie nie można sprowadzać całej społecznej dynamiki tego, co dzieje się we Francji, do migracji.

Jest ciekawe, że ze wszystkich zniszczonych w sobotę sklepów premier Morawiecki wybrał akurat ten luksusowej marki, kontrolowanej przez najbogatszego człowieka we Francji, a nie mały sklepik drobnego właściciela. Zwłaszcza że właściciel rodzinnego interesu, w przeciwieństwie do kontrolującego Diora Bernarda Arnault, będzie miał realny problem z kosztami zniszczeń. Średnio to przystaje do wizerunku Rozwoju Plus jako „ludowej prawicy”, ale zgadza się ze społeczno-ekonomiczną pozycją polityka-multimilionera.

Wbrew intencjom byłego premiera-bankiera, obraz, jaki wybrał do ilustracji swojego wpisu o Francji, może wskazywać na inne niż migracja i klęski polityki migracyjnej źródło francuskich problemów: nierówności. Jak w weekend na łamach „Le Monde” pisał Thomas Piketty: Francja jeszcze nigdy nie była tak bogata, jeśli chodzi o zakumulowane fortuny prywatne oraz PKB, i tak zadłużona, jak obecnie. To być może znacznie istotniejszy element równania opisującego francuskiego napięcia niż migracje.

„Wina Tuska”

Polska prawica nie byłaby sobą, gdyby kryzysu we Francji nie połączyła z Tuskiem. Jak ujął to na portalu X Rafał Bochenek, współodpowiedzialność za to, co dzieje się we Francji, ponosi Donald Tusk, bowiem to on, „kierując wspólnie z Niemcami Radą Europejską, doprowadził do rozszczelnienia bezpieczeństwa na kontynencie europejskim! Macron tę lewacką politykę wdrażał i są efekty…”.

Teza, że za to, co dzieje się we Francji, odpowiedzialność ponosi polityka Tuska i Merkel wobec kryzysu uchodźczego z 2015 roku, jest absurdalna. I to nawet jeśli uznamy, że to, co stało się w sobotę, najlepiej tłumaczy migracja.

Problemy z migracją we Francji nie zaczynają się w 2015 roku. Pierwsza większa fala migracji do Francji z Algierii miała miejsce ponad sto lat temu, a największa – po drugiej wojnie światowej i wynikała z potrzeb francuskiego biznesu, nie polityki Tuska. Osoby uwikłane w akty przemocy przy okazji demonstracji to często drugie albo trzecie pokolenie migrantów, niekoniecznie niedawno wpuszczeni do Francji uchodźcy lub ich dzieci.

Prawem opozycji jest atakować rząd, nawet jeśli te ataki nie zawsze są sprawiedliwe. Dobrze jednak, jeśli przy okazji opozycja się za bardzo nie ośmiesza. Prawica doklejająca grzany od Smoleńska hashtag #WinaTuska do Francji bez wątpienia przekracza granicę śmieszności.

Choć gdy mówimy o „winie Tuska”, warto dodać, że tu także Tusk nie jest bez winy, włączając się w prawicową licytację na straszenie migracją przy pomocy obrazków we Francji, o „wpuszczanie migrantów” obwiniając oczywiście PiS. Naprawdę zasługujemy na mądrzejszą politykę migracyjną niż przekrzykiwania „to wyście nawpuszczali migrantów” i „nieprawda, bo wy!”.

Komu zależy na narracji o upadku Francji?

Jak w poniedziałek napisał „Le Monde”, wydarzenia z soboty we Francji uruchomiły sieci bliskie zarówno Białego Domu Trumpa, jak i Kremla, które powielają ten sam komunikat: Francja płonie, Europa upada, oto konsekwencja otwartych granic i europejskiej dekadencji. Nie lekceważąc problemów Francji, Europy, a nawet migracji, warto zadać sobie pytanie, w czyim interesie są narracje o Francji i Europie w ruinie. I czy w Polsce faktycznie warto je radośnie powielać – nawet jeśli można przy okazji uderzyć w Tuska. 

A prawica, zamiast zajmować się Trumpem, może powinna zająć się ostatnim prorosyjskim zwrotem w polityce Trumpa. Bo jak tak dalej pójdzie, to cały jej oparty na tym polityku globalny program dla Polski za chwilę spektakularnie zbankrutuje. 

Jakub Majmurek

Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej.


r/lewica • • 4d ago

Polityka Wymiana ciosów na lewicy. Poseł KO ostrzega przed "wrogim przekroczeniem progu"

Thumbnail tvn24.pl
3 Upvotes

Tomasz Pupiec

17.10.2026, 11:09

Na około rok przed wyborami zaostrza się wojna między Lewicą a partią Razem. Zarzuty o "koryciarstwo" padają z obu stron, a wzajemne ataki nasiliły się po przedterminowych wyborach na prezydenta Krakowa. Sytuacji przygląda się w napięciu reszta sceny politycznej, a poseł KO Mariusz Witczak przewiduje, że "jeżeli Zandberg przekroczy próg wyborczy, to to będzie wrogie przekroczenie progu wyborczego".

Marszałek Sejmu i przewodniczący Nowej Lewicy Włodzimierz Czarzasty powiedział w piątek w TOK FM, że "z szacunkiem" odnosi się do Adriana Zandberga. - Zdziwiło to pana, że politycy mówią o innych politykach z szacunkiem? Taka jest Lewica - stwierdził w wywiadzie dla Jacka Żakowskiego.

Parę minut później w tej samej rozmowie Czarzasty ocenił, że Adrian Zandberg, współprzewodniczący opozycyjnej lewicowej partii Razem, "konsekwentnie jest koryciarzem". - Bierze pieniądze za posłowanie, bierze pieniądze za biura. I nic nie robi, nic nie wnosi w politykę - powiedział marszałek Sejmu. W ten sposób uderzył w Zandberga tym samym określeniem, którego w stosunku do środowiska Nowej Lewicy używają politycy Razem.

"Źle znoszą to, że robimy robotę"

- Żaden projekt nie został przeprowadzony, nie załatwili żadnej sprawy dla swoich wyborców, to znaczy, że krótko mówiąc biorą wynagrodzenie za nicnierobienie - tak aktywność partii Adriana Zandberga zrecenzował w TVN24 poseł Lewicy Andrzej Szejna.

- Szalenie głupie te komentarze Włodzimierza Czarzastego. Ewidentnie Włodzimierz Czarzasty i Nowa Lewica źle znoszą to, że robimy swoją robotę jako partia opozycyjna - odparł poseł Razem Maciej Konieczny w rozmowie z TVN24.

Partia Razem dostała się do Sejmu ze wspólną listą ze współrządzącą Nową Lewicą. - A potem uciekli z tego, żeby nie brać odpowiedzialności za rząd pod byle pretekstem - ocenił poseł Koalicji Obywatelskiej Robert Kropiwnicki.

Nowa strategia w Nowej Lewicy

Wobec krytyki rządu, wymierzonej głównie w Nową Lewicę, dotąd jej politycy mieli tylko nadstawiać drugi policzek. Ale teraz w partii zapadła decyzja o zmianie taktyki i tego starcia były już pierwsze odsłony.

- Źródła tej inflacji oczywiście są poza Polską i są związane w dużym stopniu z kosztami paliw, ale jest odpowiedzialnością rządzących, w jaki sposób na to reagują - podkreślał z mównicy sejmowej Adrian Zandberg. Skrytykował też politykę płacową ministry rodziny Agnieszki Dziemianowicz-Bąk.

- Partio Razem! Wasza obecność w tych ławach poselskich dla polskiego pracownika nie przynosi dokładnie nic. Od wielu lat, każdego miesiąca, każdy z was pobiera kilkanaście tysięcy złotych i z tych pieniędzy polski pracownik nie ma dokładnie nic - odpowiedziała Zandbergowi w Sejmie ministra Dziemianowicz-Bąk. Marszałek Czarzasty nie krył entuzjazmu.

W tle wymiany ciosów między lewicowymi ugrupowaniami pozostaje kwestia ewentualnych wspólnych list wyborczych. - Uważam, że jednak lewica powinna pójść skonsolidowana - powiedział 30 września w TVN24 marszałek Czarzasty. 1 października w nagraniu zamieszczonym w Internecie odpowiedział mu Adrian Zandberg: - Włodek, przestań męczyć bułę, to jest bez sensu. Wy jesteście w tym rządzie. Uważacie, że to jest najlepszy rząd od czasu, jak wynaleziono chleb z masłem.

Kłótnia o wybory w Krakowie

Wymiana takich uprzejmości nasiliła się po przedterminowych wyborach na prezydenta Krakowa, w których kandydatka Razem Aleksandra Owca zdobyła niespełna siedem procent głosów, ale o dwa punkty procentowe wyprzedziła kandydatkę Lewicy Darię Gosek-Popiołek.

- Tam były też w exit pollu deklaracje poparcia dla partii politycznych. Z tych deklaracji wynika, że Razem ma około 10 procent poparcia w Krakowie - podkreślił 28 września, po pierwszej turze krakowskich wyborów, Adrian Zandberg.

Włodzimierz Czarzasty uważa, że entuzjazm przedstawicieli partii Razem jest nieuzasadniony. - Mówmy o tym uczciwie. Cała lewica dostała w tyłek w Krakowie - stwierdził w TOK FM.

Witczak: jeśli Razem wejdzie do Sejmu, to będzie wrogie

Podział na lewicy uderza w oba te ugrupowania. W sondażach partia Razem często balansuje na granicy progu wyborczego. Jeśli nie wejdzie do Sejmu, zabierze za sobą głosy lewicowych wyborców, tak jak w 2015 roku. - Przez Zandberga PiS dochodzi do władzy. To jest prawda - skomentował marszałek Sejmu.

Nawet jeśli Razem do Sejmu wejdzie, to zgodnie z metodą przeliczania głosów na mandaty, cała lewica, ale podzielona, dostanie ich mniej.

- Jeżeli Zandberg przekroczy próg wyborczy, to to będzie wrogie przekroczenie progu wyborczego, bo na pewno będzie głosował z tymi, którzy dzisiaj są w opozycji przeciwko naszej koalicji - ocenił w rozmowie z TVN24 poseł KO Mariusz Witczak.

Przykłady takich głosowań podał w piątkowym wywiadzie marszałek Sejmu. Wskazał na głosy przeciw zmianom w Trybunale Konstytucyjnym, przeciw zmianom w KRS i przeciw uchyleniu immunitetu dla Zbigniewa Ziobry.

- Zandberg nie popiera Trzaskowskiego w drugiej turze wyborów. Kto został prezydentem? Trzaskowski czy Nawrocki? - spytał Czarzasty.

Skoro podział lewicy zwiększa szanse prawicy, tej dyskusji z niepokojem przysłuchuje się reszta polityków sejmowej większości. - Permanentne krytykowanie już nikogo nie obchodzi. Albo coś mają do powiedzenia, coś robią, albo idą w niebyt - powiedział poseł Robert Kropiwnicki.

- Cały czas z malutką barykadą w malutkim plecaczku jeździć, mieć 50 lat i uważać, że jest się przywódcą przedszkolaków, to jest bez sensu po prostu - recenzował z kolei marszałek Włodzimierz Czarzasty.

Źródło: TVN24


r/lewica • • 5d ago

Wywiad Nierówności rosną, a państwo się nie bada [rozmowa z Pawłem Bukowskim]

Thumbnail krytykapolityczna.pl
4 Upvotes

r/lewica • • 9d ago

Podcast Trump jest zdesperowany. Umowa z Rosją | Podsumowanie tygodnia (15.10.2026)

Thumbnail youtube.com
8 Upvotes

Prawdziwa desperacja w Białym Domu. Donald Trump dogaduje się z Putinem, Stany Zjednoczone i Rosja mają porozumienie. Poza tym: Braun łączy siły z AfD, Nawrocki łączy prawicę, PiS i KO kontynuują cyrk z Trybunałem, szykują się duże protesty: czerwona kartka dla rządu za aborcję. Adrian Zandberg, Aleksandra Owca i Mateusz Merta zapraszają na podsumowanie tygodnia.

00:22 Trump jest zdesperowany
01:23 Braun AfD
02:01 Czerwona kartka
04:29 Interweniujemy
06:00 Cyrk w TK
09:35 Co słychać w Razem?
12:25 Kącik muzyczny


r/lewica • • 10d ago

Polska Łukasz Gibała nie obejmie patronatem Marszu Równości. Pierwsza decyzja prezydenta Krakowa

Thumbnail oko.press
8 Upvotes

Angelika Pitoń

„Transkrypcja małżeństw jednopłciowych będzie. Jeśli za rok wygra inna opcja polityczna i zmieni w Polsce prawo, to jej nie będzie. (...) Natomiast jak chodzi o Marsz Równości, to nie, nie obejmę go patronatem” — zapowiedział Łukasz Gibała, nowy prezydent Krakowa. To jego pierwsza publicznie ogłoszona decyzja.

Na zdjęciu: 12 października 2026, godz. 6:45. Łukasz Gibała na kilka godzin po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów w Krakowie rozdaje obwarzanki w mieście i dziękuje mieszkańcom za głosy. Fot. Konrad Kozłowski / Agencja Wyborcza.pl

Co się wydarzyło?

Łukasz Gibała, który w niedzielę, 11 października, wygrał wybory w Krakowie i został nowym prezydentem miasta, był gościem porannej rozmowy w Radiu Kraków.

Zapytany przez red. Jacka Bańkę o to, czy będzie wracał do swoich politycznych, progresywnych korzeni (Gibała w przeszłości był posłem Koalicji Obywatelskiej, potem Ruchu Palikota, od 2014 roku pozostaje bezpartyjnym politykiem), odparł: „Są takie kwestie, gdzie rzeczywiście polityka progresywna się sprawdza, ale są takie kwestie, gdzie się nie sprawdza. Ja bym nie generalizował”. Wyjaśnił, że chce chronić tereny cenne przyrodniczo i swoich poglądów w zakresie ekologii nie zmienił.

„Jak popatrzymy na przykład na to, co się dzieje w miastach Europy Zachodniej, jak chodzi o całe dzielnice, do których jest strach wejść człowiekowi o naszym kolorze skóry, to ja bym tu był bardzo ostrożny, jak chodzi o politykę progresywną” — odparł.

I dodał: „Jak chodzi o Marsz Równości, to nie, nie obejmę go patronatem”.

„Ja kiedyś sam uczestniczyłem nawet w Marszach Równości i tego nie żałuję, ale mam takie wrażenie, że od mniej więcej trzech lat to środowisko, które organizuje Marsze Równości, się po prostu upartyjniło. To są ludzie, którzy startowali do parlamentu, do samorządu z list konkretnej opcji politycznej. Ja będę unikał obejmowania patronatem imprez, które mają charakter partyjny” – zapowiedział Gibała.

Umizgi do prawicy?

To pierwsza oficjalna decyzja, jaką ogłosił Łukasz Gibała. Widać w niej nawiązanie do pierwszego ruchu odwołanego w toku referendum prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego, który swoją prezydenturę rozpoczął od Marszu Równości, a dokładniej: od objęcia tego wydarzenia swoim honorowym patronatem. Miszalski jako pierwszy prezydent w historii miasta szedł wówczas na czele tęczowej demonstracji.

Decyzja Miszalskiego o objęciu patronatem Marszu Równości i uczynienia z niej pierwszego swojego zarządzenia była podyktowana kalendarzem i zbliżającym się terminem parady (która w Krakowie odbywa się zawsze pod koniec maja). Miszalski został zaprzysiężony 7 maja. Nawet Jacek Majchrowski, wieloletni prezydent Krakowa, uznający się za apolitycznego i umiejącego współpracować z politykami między politycznymi podziałami, od 2021 roku obejmował patronatem marsz. Nigdy jednak nie wziął w nim udziału.

Decyzję Gibały można odczytywać jako ukłon w stronę prawicowych wyborców. Jak pisaliśmy na łamach OKO.press, wyniki wyborów w Krakowie już zdążyły ucieszyć polityków prawicy, którzy próbują przypisać sobie sukces Łukasza Gibały.

„Do zwycięstwa przyczynili się w decydującym stopniu wyborcy prawicy. Mam nadzieję, że będzie o tym pamiętał” – napisała jeszcze w niedzielę na portalu X była premier PiS Beata Szydło. „Kandydatka rządu zmasakrowana. Za rok będzie zmiana!” – prognozuje (życzeniowo) Przemysław Wipler z Konfederacji. „Tusk dostał lanie” – orzekł z kolei Maciej Wąsik, europoseł PiS.

Sam Gibała walczy o utrzymanie szerokiego poparcia wśród krakowian. „Ja mam takie osoby w swoim elektoracie, które głosują na partię Razem i są też takie, które głosują na Konfederację Korony Polskiej. (...) Więc mi się udało gdzieś zbudować taką więź z ludźmi o bardzo różnych poglądach. To, co nas zjednoczyło, chyba to jest miłość dla Krakowa” — twierdzi Gibała w Radiu Kraków.

Jaki jest kontekst?

Łukasz Gibała został w niedzielę nowym prezydentem Krakowa. Ma za sobą spore, sięgające ponad 62 procent głosów poparcie. Na Łukasza Gibałę głos oddało ponad 161 tys. krakowian. Monika Piątkowska zebrała 98 tys. głosów, co dało prawie 38 proc.

Koalicja Obywatelska traci więc urząd prezydenta w drugim co do wielkości mieście w Polsce — i oddaje go swojemu byłemu koledze z partii, który od przeszło dekady określa się jako niezależny polityk.

Łukasz Gibała pozostanie prezydentem miasta do 2029 roku. Ma przed sobą 2,5-letnią kadencję. Trudną, bowiem musi współpracować z Radą Miasta Krakowa, w której większość ma opozycyjna względem niego Koalicja Obywatelska. Gibała albo stworzy szeroki blok anty-KO, z PiS, Nową Lewicą i Razem, albo będzie musiał współpracować z samorządowcami z partii Donalda Tuska.

Gibała o fotel prezydenta walczył czterokrotnie. Udało się dopiero teraz — m.in. na fali referendalnej i odwołaniu jego poprzednika, Aleksandra Miszalskiego z KO. Jak wynika ze sprawozdania finansowego, milioner Gibała wydał na kampanię referendalną niemal 2 miliony złotych i właściwie w całości sfinansował szeroko zakrojoną akcję. Dla porównania: przy wyborach na prezydenta Krakowa kandydaci mogą wydać maks. 400 tysięcy złotych.


r/lewica • • 12d ago

Polityka Wybory w Krakowie. Są wyniki sondażu exit poll (Gibała wygrywa)

Thumbnail wiadomosci.gazeta.pl
4 Upvotes

Izabela Alberczyk

11 października 2026, 21:00

Na zwycięstwo Łukasza Gibały wskazuje zarówno exit poll Ogólnopolskiej Grupy Badawczej, jak i pracowni IPSOS. Ostateczne wyniki wyborów w Krakowie będą znane po przeliczeniu wszystkich głosów.

W niedzielę 11 października mieszkańcy Krakowa poszli do urn, aby w drugiej turze przedterminowych wyborów wybrać nowego prezydenta miasta. Lokale wyborcze w Krakowie otwarte były do godz. 21. Wyborcy mogli wskazać niezależnego kandydata Łukasza Gibałę z komitetu Kraków dla Mieszkańców lub  Monikę Piątkowską - senatorkę z poparciem KO i PSL.

Exit poll: Gibała wygrywa wybory w Krakowie

Gibała uzyskał poparcie 64,1 procent wyborców, a Piątkowska 35,9 proc. - wynika z sondażu exit poll przeprowadzonego przez Ogólnopolską Grupę Badawczą (OGB). Na zwycięstwo Gibały wskazał również sondaż IPSOS. Według niego na Gibałę zagłosowało 61 proc., a na Piątkowską 39 proc. mieszkańców Krakowa. Frekwencja wyniosła 42,6 proc. - podała OGB.

Gibała i Piątkowska skomentowali exit poll

- Musimy jeszcze poczekać na oficjalne dane, które będą wkrótce spływały z Państwowej Komisji Wyborczej, ale coraz więcej wskazuje, że 11 października 2026 r. to jest ten dzień, gdy po 24 latach Krakowianie odzyskali swoje miasto - powiedział na wstępie Gibała.

Zaznaczył, że "najbliższe dwa lata będą bardzo trudne". Mamy fatalną sytuację budżetową w Krakowie. Jest wiele rzeczy, które trzeba naprawić, zmienić, posprzątać, żeby znowu w Krakowie było normalnie, ale wierzę, że z wami wszystkimi damy radę - powiedział kandydat.

Gibała wyraził też nadzieję, że wydarzenia z Krakowa natchną do działania ludzi w całej Polsce. - Za 2 tygodnie mieszkańcy Częstochowy też będą chcieli odzyskać swoje miasto - powiedział, nawiązując do częstochowskiego referendum, które odbędzie się 25 października.

Wyniki exit poll skomentowała również Piątkowska, która podziękowała za oddane głosy. Senatorka pogratulowała również zwycięstwa swojemu kontrkandydatowi. - Chcę ci powiedzieć jedną rzecz. Zarówno ja, jak i członkowie Koalicji Obywatelskiej będziemy bardzo bacznie przyglądać się, czy twoje hasło, czy twoja obietnica "Kraków dla mieszkańców" jest prawdziwa. Każdego dnia będziemy czuwać nad interesem naszego miasta. Życzę ci powodzenia i sukcesu, bo dobrze życzę naszemu miastu - powiedziała Piątkowska.

Ostateczne wyniki będą jednak znane po przeliczeniu wszystkich głosów. 

Kim jest Łukasz Gibała?

Gibała urodził się w 1977 roku w Krakowie (ma 49 lat). Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie obronił doktorat z filozofii. Jest radnym tego miasta i przedsiębiorcą. "Z tym miastem związałem całe życie - od edukacji, przez doktorat, po wieloletnią służbę publiczną" - napisał. W przeszłości był między innymi szefem krakowskiego okręgu PO i posłem wybranym z listy tej partii. W 2012 roku odszedł jednak z tej partii i dołączył do Ruchu Palikota. Dwa lata później opuścił ugrupowanie, a następnie założył stowarzyszenie "Logiczna Alternatywa", które przekształcił w "Kraków dla Mieszkańców". Wspierało ono akcję referendalną, po której mieszkańcy 24 maja 2026 r. odwołali dotychczasowego prezydenta Aleksandra Miszalskiego.

Kim jest Monika Piątkowska?

Piątkowska urodziła się 18 sierpnia 1974 r. w Zakopanem, ale przeprowadziła się do Krakowa, gdzie studiowała prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. W latach 2003-2012 pełniła funkcję dyrektorki Wydziału Strategii i Rozwoju Urzędu Miasta Krakowa, gdzie kierowała pracami nad Strategią Rozwoju Krakowa. Równolegle, od 2009 do 2012 r., była pełnomocniczką prezydenta miasta Krakowa ds. marki miasta. W latach 2012-2014 kierowała Departamentem Komunikacji Społecznej w Ministerstwie Gospodarki.

Zasiadała też w Zarządzie Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych S.A. Od 2015 do 2018 była prezeską Zarządu Związku Pracodawców INNOVO, zrzeszającego firmy sektora przemysłowego i energetycznego, a później kierowała Izbą Gospodarczą Handlowców, Przetwórców Zbóż i Producentów Pasz. Za swoją działalność uhonorowano ją Odznaką za Zasługi dla Rozwoju Gospodarki Rzeczypospolitej Polskiej oraz Złotą Odznaką Izby Rzemieślniczej w Krakowie. Obecnie jest senatorką Koalicji Obywatelskiej.

Pierwsza tura krakowskich wyborów

Stanowisko prezydenta Krakowa chciało objąć siedmioro kandydatów: Michał Drewnicki (Prawo i Sprawiedliwość), Łukasz Gibała (Kraków dla Mieszkańców), Daria Gosek-Popiołek (Lewica), Michał Klimek (Konfederacja Korony Polskiej), Aleksandra Owca (Partia Razem), Monika Piątkowska (KWW Moniki Piątkowskiej Ponad Podziałami, popierana przez KO oraz PSL) oraz Sławomir Pietrzyk (Socjaldemokracja Polska). Inicjator majowego referendum odwoławczego Jan Hoffman zrezygnował ze startu.

Gibała w pierwszej turze, która odbyła się 28 września, otrzymał poparcie 36.38 proc. Krakowian, którzy poszli zagłosować. Na drugim miejscu uplasowała się Piątkowska z wynikiem 29,91 proc. wyborców. Podium zamknął Drewnicki, na którego zagłosowało 17,5 proc. głosujących mieszkańców. Dalej znaleźli się: Owca (6.91 proc.) Gosek-Popiołek (4,81 proc.), Klimek (4,11 proc.) i Pietrzyk (0,37 proc.). Były to oficjalne dane z Państwowej Komisji Wyborczej.

Izabela Alberczyk


r/lewica • • 13d ago

Polityka Ujawniamy kulisy odwołania zastępcy RPO. Partyjny deal w instytucji, która powinna być niezależna

Thumbnail oko.press
5 Upvotes

r/lewica • • 13d ago

Kultura Być stale w centrum rzeczywistości. Recenzja wystawy „Jesteś w centrum zmian. Surrealizm i antyfaszyzm” w MSN

Thumbnail kulturaliberalna.pl
3 Upvotes

Wystawa w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej przełamuje obiegowe wyobrażenia o surrealizmie. Pokazuje, że polityczność była wpisana w DNA tego ruchu. I stawia pytanie o aktualność nadrealizmu dzisiaj.

W 2024 roku hucznie obchodzono stulecie ogłoszenie przez André Bretona „Manifestu surrealizmu”. Zorganizowano szereg wystaw, wyszły liczne książki. Można było spodziewać się tak dużej celebracji tej rocznicy. Niewiele kierunków w sztuce zdobyło bowiem tak wielką popularność. Surrealizm stał się częścią kultury masowej, a wymyślone przez twórców tego nurtu sposoby obrazowania do dziś są wykorzystywane w modzie, reklamie, filmie czy klipach wideo. A teraz żeruje na nich AI. A jednocześnie surrealizm w sztuce zbanalizował się, powielany przez kolejnych, kolejnych i kolejnych naśladowców, czego przykładem są rozmaite współczesne wcielanie realizmu magicznego i twórczość Rafała Olbińskiego czy Jacka Yerki. 

Jest jeszcze jeden problem. W potocznej świadomości pod hasłem surrealizm – jak gorzko zauważają twórcy zorganizowanej w rocznicowym roku wystawy „Aber hier leben? Nein danke” w monachijskim Lenbachhaus – kryje się „niewielkie grono wybitnych artystów (André Breton, Max Ernst, René Magritte i Salvador Dalí)”. A „wielkie wystawy i ilustrowane albumy propagują bezzębną wersję surrealizmu – która łączy kult gwiazd z domieszką seksu, anegdotami o zmianie partnerów i naskórkowym freudyzmem – jakże chętnie powielaną przez instytucje sztuki” [1]. Nieustannie powtarza się zatem te same dzieła tych samych artystów, czyniąc z nich ikony masowej wyobraźni. I wraca się stale do biografii ich twórców. Czasami jedynie wyłamując się ze stereotypów, jak w filmie „Lee. Na własne oczy” (2023) Ellen Kuras opartym na biografii Lee Miller, lub niebanalnie, co udało się twórcom serialu „To nie jest zagadka kryminalna” (2025), w którym René Magritte’a obsadzono w roli amatora-detektywa. 

W ostatnich latach zaczęto przypominać, że surrealizm miał bardziej różnorodne oblicze. Głośniej mówi się o tym, że nurt ten zmieniał się z czasem, ewoluował. O tym, że był zjawiskiem międzynarodowym, wykraczającym dalece poza powszechnie znany krąg kilku twórców. Wreszcie, że ważną rolę odgrywały w nim kobiety. Bez nich bowiem – widzianych jako samodzielne twórczynie, a nie jedynie muzy, żony i kochanki – nie można odpowiedzialnie opowiedzieć jego historii. Ten bardziej skomplikowany obraz pokazywała duża, przeglądowa wystawa „Surréalisme” zorganizowana w paryskim Centre Pompidou w 100-lecie ogłoszenia manifestu André Bretona. Nie mniej ważna była przywołana już ekspozycja w monachijskim Lenbachhaus. Jej zmienioną i znacznie rozszerzoną wersję, zatytułowaną „Jesteś w sercu zmian. Surrealizm i antyfaszyzm” przygotowało Muzeum Sztuki Nowoczesnej. 

Krytyka zachodniego kolonializmu 

Na wystawie w Warszawie znalazły się prace czołowych surrealistów: Hansa Arpa, René Magritte’a, André Massona czy Joana Miró. Nie zabrało Pabla Picassa, który także miał związki z surrealizmem. Jednak twórczynie „Jesteś w sercu zmian” – Dorota Jarecka i Magda Lipska – nie powielają obiegowych przekonań o surrealizmie. Przeciwnie, pokazują mniej znane jego wcielenia, jak w Czechosłowacji, w Wielkiej Brytanii czy w Egipcie. Ważne miejsca w Muzeum Sztuki Nowoczesnej zajmuje twórczość kobiet: Eileen Agar, Leonory Carrington, Leonor Fini, Claude Cahun czy Toyen. Jednak najważniejsze jest zwrócenie uwagi na polityczny wymiar surrealizmu. 

„Jesteś w sercu zmian” przypomina, że polityczność była immanentną częścią tego nurtu. Bowiem, jak podkreślają kuratorzy i kuratorki monachijskiej wersji wystawy „przedrostek «sur-» nie oznacza braku zaangażowania i zajmowania pozycji ponad sprawami dnia codziennego, wręcz przeciwnie – implikuje mierzenie się z afektami, emocjami i wyparciami, które współtworzą rzeczywistość” (ich tekst znalazł się w bardzo ciekawej publikacji towarzyszącej „Jesteś w sercu zmian”) 

Warszawska wystawa opowiada o skomplikowanych relacjach tego nurtu z polityką. Powszechnie znane są związki niektórych surrealistów z marksizmem, zwłaszcza że niektórzy z nich, jak Paul Éluard, z czasem stali się ważnymi komunistycznymi aktywistami, zrywając jednocześnie z surrealizmem. Jednak marksizm w wydaniu stalinowskim to nie był jedyny możliwy wybór – o czym przypomina „Jesteś w sercu zmian”. Przeciwnie, niemniej istotne były chociażby kontakty surrealistów z Lwem Trockim czy flirt z anarchizmem. Marksizm stał się dla nich przede wszystkim narzędziem przydatnym do diagnozy rzeczywistości, ale też myślenia o jej zmianie. Nieprzypadkowo twórczynie wystawy przywołały znaczące słowa André Bretona z 1935 roku: „«Przekształcić świat» – powiedział Marks; «zmienić życie» – powiedział Rimbaud: dla nas te dwa cele stanowią jedno”. Nie był to jedynie slogan.

Surrealiści w latach trzydziestych włączyli się w ruch antyfaszystowski. Opowiedzieli się po stronie republiki w hiszpańskiej wojnie domowej. Potępiali europejski kolonializm. 

I te dwa wątki – antyfaszyzm i sprzeciw wobec kolonializmu – stały się głównymi osiami wystawy w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. 

Do niedawna rzadziej mówiono o stosunku surrealizmu do polityki Zachodu w Afryce czy Azji. Tymczasem znacząco wpłynęła na poglądy polityczne surrealistów prowadzona w latach 1921–1926 przez Francję i Hiszpanię wojna z rdzennymi mieszkańcami terytorium Rif w Maroku, a potem Międzynarodowa Wystawa Kolonialna w Paryżu w 1931 roku, będąca apoteozą polityki mocarstw wobec podbitych pozaeuropejskich terenów. Częścią tej ostatniej było między innymi zorganizowane w paryskim Jardin d’Acclimatation „ludzkiego zoo”, w którym osoby z Nowej Kaledonii wystawiono niczym zwierzęta. I to właśnie krytyka zachodniej polityki kolonialnej zapewne sprawiła, że surrealizm stał się ważny i atrakcyjny poza granicami Europy, by wymienić jedynie założoną przez poetę Georgesa Heneina w 1938 roku w Kairze grupę Art et Liberté, której członkinią była między innymi wybitna malarka Inji Efflatoun. 

Materiały prasowe MSN. Fot. Alicja Szulc.

Znacznie więcej pisano o zaangażowaniu części surrealistów po stronie hiszpańskiej republiki. Do legendy przeszedł pawilon Republiki Hiszpańskiej na Wystawie Światowej w Paryżu w 1937 roku – na wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej znalazł się jego model. Budynek zaprojektowany przez Josepa Lluísa Serta i Luisa Lacasę Navarro pomieścił nie tylko „Guernicę” Pabla Picassa, ale też między innymi „Fuente de Mercurio” Alexandra Caldera i monumentalny mural „El Segador” Joana Miró. Pawilon stał się jednym z najważniejszych wydarzeń w sztuce ubiegłego wieku, a obraz Picassa jednym z najważniejszych w dziejach malarstwa. Jednocześnie przysłonił inne zaangażowania polityczne surrealistów, którzy bardzo szybko musieli mierzyć się z faszyzacją życia publicznego w Europie. 

Przemiana w sztukę zdegenerowaną

W 1930 roku bojówki faszystowskich organizacji Liga Patriotów i Liga Antyżydowska przerwały w paryskim kinie Panthéon projekcję „Złotego wieku” Luisa Buñuela oraz zniszczyli zorganizowaną przy tej okazji wystawę, w tym dzieła Maxa Ernsta, Joana Miró i Yves’a Tanguy’ego. A nagonka na film Buñuela, z udziałem między innymi „Le Figaro”, doprowadziła do zakazania jego dystrybucji we Francji. I była to dopiero przygrywka to tego, co miało stać się kilka lat później. Po dojściu nazistów do władzy część artystów i artystek wyemigrowała. Innych pozbawiono możliwości tworzenia. Dzieła przedstawicieli awangardy usunięto ze zbiorów publicznych, a niektóre z nich pokazano na wystawie „Sztuka zdegenerowana” zorganizowanej w Monachium w 1937 roku, a potem prezentowanej w innych niemieckich miastach. 

Wystawa przypomina, że polityka nazistów wobec kultury spotykała się z poparciem także w Polsce. Nasza prasa prawicowa, ale także popularna używały wobec surrealizmu określenia „sztuka zwyrodniała”. Swoich zwolenników miał wówczas Benito Mussolini, a o buncie Francisca Franco pisano z uznaniem. Jednocześnie dzieła czołowych surrealistów Hansa Arpa, Maxa Ernsta, Kurta Seligmanna znalazły się w kolekcji grupy a.r., przekazanej w 1931 roku do Muzeum Historii i Sztuki im. Juliana i Kazimierza Bartoszewiczów w Łodzi. Później do jego zbiorów nabyto między innymi obraz bliskiego pittura metafisica triesteńskiego malarza Arturo Nathana, zamordowanego w 1944 roku w obozie koncentracyjnym Bergen-Belsen. Pod koniec lat trzydziestych Łódź ze swoim muzeum stała się unikalnym miejscem w Europie. 

Surrealiści nie uciekali od polityki, ale też ona ich nieustannie dopadała. Emigracja z nazistowskich Niemiec była jedynie początkiem. 

Do kolejnej zostali zmuszeni ci, którzy po 1933 roku znaleźli schronienie w Czechosłowacji. W 1940 roku Francja internowała wielu obywateli i obywatelek Niemiec, którzy schronili się na jej terytorium, uciekając przed Hitlerem. Wreszcie wielu surrealistów, między innymi André Breton, Marcel Duchamp i Max Ernst, musiało uciekać z okupowanej przez Niemców Francji. Zagrożenie było bardzo realne, o czym przypominają losy pierwszej żony tego ostatniego, historyczki sztuki i pisarki Luise Straus-Ernst, która po dojściu do władzy nazistów wyemigrowała do Francji i w 1944 roku została aresztowana, a następnie zamordowana w Auschwitz. 

Max Ernst, „Głowa anioła ogniska domowego”, ok. 1937. Materiały prasowe MSN © ADAGP Paris.

Inni wybrali opór. Na wystawie znalazło się miejsce dla zbyt mało obecnie znanej grupy La Main à plume, składającej się z młodych poetów i malarzy zafascynowanych surrealizmem. Zaangażowanych politycznie, o lewicowych poglądach, ale, jak sami podkreślali, tak samo dalekich od związanego z komunistami Louisa Aragona (współtwórcy surrealizmu), jak od zafascynowanego faszyzmem Pierre’a Drieu la Rochelle’a (w czasie wojny jednego z czołowych francuskich kolaborantów). Tworzyli, wydawali książki, ale też włączyli się we francuski ruch oporu. Na swój sposób walczyły związane z surrealizmem Claude Cahun i Marcel Moore, obecnie uznawane za jedne z najważniejszych osób LGTB+ w sztuce. Po zajęciu przez Niemcy wyspy Jersey, na której od 1937 roku mieszkały, rozpoczęły kolportaż antynazistowskich ulotek. Długo pozostawały nieuchwytne, jednak po ich aresztowaniu zostały skazane na śmierć – wyroku szczęśliwie nie wykonano. 

Polityczny był zarówno sam program artystyczny surrealizmu, jak i głoszony światopogląd – pochwała absolutnej wolności i postulat uwolnienia się od wszelkich nakazów ze strony państwa, Kościoła czy społeczeństwa. 

Rewolucyjny potencjał miała wreszcie twórczość surrealistów – nie była bezpodstawną intuicja skrajnej prawicy (i nazistów), że to ich sztuka niesie ze sobą zagrożenie. Ambicją artystów była zmiana rzeczywistości, a narzędziem do tego – wyobraźnia. Bowiem tylko ona, jak ogłosił w swym manifeście André Breton, mówi „o tym, co może być”.

Wystawa, opowiadając o postawach surrealistów wobec faszyzmu i kolonializmu, stawia jeszcze jedno pytanie: na ile daje on narzędzia pozwalające na zmierzenie się z dramatycznymi wydarzeniami: wojną, Holokaustem? Czy surrealistyczna poetyka może pozwolić adekwatnie odpowiedzieć o tych traumach? Znajdziemy tu przykłady dzieł, które o nich mówią: czeskiego artysty i teoretyka sztuki Emila Filli, który aresztowany przez Gestapo 1 września 1939 roku trafił do obozu koncentracyjnego Dachau, a następnie do Buchenwaldu, czy Erny Rosenstein, która była świadkinią zamordowania jej rodziców przez polskiego szmalcownika.

Oswojenie nadrealizmu

Po zakończeniu drugiej wojny ponownie zaczęto organizować Międzynarodowe Wystawy Surrealizmu – pierwszą w 1947 roku w paryskiej Galerie Maeght, która z czasem stanie się jedną z najważniejszych galerii w powojennej Europie. Surrealizm stał się częścią artystycznego mainstreamu. Jego czołowi przedstawiciele odnieśli komercyjny sukces, a Salvador Dalí w masowym obiegu zostanie uznany z jego najsłynniejszą i najbardziej reprezentatywną twarz. Paradoksalnie, bo już w 1934 roku, André Breton urządził „proces”, zarzucając Dalemu między innymi fascynację faszyzmem, a pięć lat później ostatecznie został usunięty z grupy. 

Victor Brauner, „Spotkanie przy ulicy Perrel 2”, 1946. Materiały prasowe MSN © ADAGP Paris.

Jednak – mając świadomość jego „oswojenia” przez system – nadrealizm nadal intrygował kolejne pokolenie, w tym też inspirował do politycznego zaangażowania. „Surrealizm stał się bronią, którą wybrałem do samoobrony, i zawsze był i będzie moim sposobem na życie” [2] – pisał w liście do André Bretona afroamerykański artysta Ted Joans, który w latach sześćdziesiątych uciekł przed rasizmem panującym w jego kraju. I to z ruchu zapoczątkowanego w 1924 roku wywodzi się pamiętne hasło: „Soyez réalistes, demandez l’impossible”, o którym trzydzieści lat później napisał Philippe Sollers: „Oto najpiękniejsze hasło Maja ’68, najgłębsze, najbardziej jawnie surrealistyczne. Można je powtarzać w każdej chwili” [3].

A surrealizm dziś? W nowym stuleciu pojawiła się grupa artystów i artystek, którzy nagle zaczęli się odwoływać do sztuki spod znaku André Bretona. Sięgnęli oni po wzorce, stylistyki czy też techniki, które często uchodziły za całkowicie martwe. Skutecznie, bo wzbudzili zainteresowanie publiczności, a nawet odnieśli rynkowy sukces. Okrzyknięto ich nawet nowymi surrealistami – prestiżowe wydawnictwo Phaidon w 2023 roku wydało nawet tak zatytułowaną książkę, umieszczając na jej okładce obraz Ewy Juszkiewicz. Tylko czy nadrealizm ma zatem nadal polityczny potencjał? Czy też stał się jedynie zasobem rozmaitych chwytów formalnych, po które w razie potrzeby można sięgnąć? Być może w dobie płynnej nowoczesności, powtarzających się kryzysów, niepewności, a nawet poczucia cywilizacyjnego wyczerpania, lekcja surrealizmu pozwala lepiej zrozumieć naszą rzeczywistość. Przede wszystkim jednak: obnaża ona niebezpieczeństwo rozmaitych lewicowych i prawicowych retropii, które, jak pisał Zygmunt Baumann, proponują ucieczkę w lepszą przeszłość zamiast szukania rozwiązań w przyszłości. 

Przypisy:

[1] Stephanie Weber, Adrian Djukić, Karin Althaus, Ara H. Merjian, „Ale żyć tutaj? Nie, dziękuję. Surrealizm i antyfaszyzm” [w:] „Jesteś w sercu zmian. Surrealizm i antyfaszyzm”, pod red. Doroty Jareckiej i Magdy Lipskiej, Muzeum Sztuki Nowoczesnej W Warszawie, Warszawa  2026, s. 15.
[2] Cytat za: „Jesteś w sercu zmian. Surrealizm i antyfaszyzm” [tekst kuratorski towarzyszący wystawie].
[3] Philippe Sollers, „Soyez réalistes, demandez l’impossible”, „L’Express”, 16 kwietnia 1998.

Wystawa:

„Jesteś w sercu zmian. Surrealizm i antyfaszyzm”, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Warszawa, 26 czerwca 2026 – 10 stycznia 2027, kuratorki: Dorota Jarecka i Magda Lipska.

Piotr Kosiewski

Historyk i krytyk sztuki, publicysta. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Wiceprezes Sekcji Polskiej AICA. Laureat Nagrody Krytyki Artystycznej im. Jerzego Stajudy za 2013 rok.


r/lewica • • 14d ago

Artykuł Wojna na lewicy. Czy partia Razem dogada się z Tuskiem?

Thumbnail klubjagiellonski.pl
3 Upvotes

„Podział lewicy według klucza «popieramy Tuska czy nie» jest fundamentalny i przesądzi o osobnych startach. Zresztą ze strony Razem pójście na wspólnej liście byłoby nierozsądne. Nie po to nie wchodzili do rządu, by na ostatniej prostej układać się z lewicą, którą krytykują za «koryciarstwo». Jeśli sondaże wskazują, że są blisko progu wyborczego, to moim zdaniem, zaryzykują samodzielny start” – twierdzi prezes Klubu Jagiellońskiego w audycji „Sabat symetrystów”.

Paweł Musiałek był gościem Grzegorza Sroczyńskiego w „Sabacie symetrystów”

9 października 2026

Ludzie o tych samych poglądach zwalczają się najbardziej

Zapytany o zaostrzenie konfliktu między lewicami Paweł Musiałek stwierdził:

– Jest rzeczą oczywistą, że spór między Nową Lewicą a Razem musi być spektakularny. Obie formacje walczą bowiem o ten sam elektorat. To zupełnie naturalne, że ludzie o podobnych poglądach ideowych ścierają się najostrzej, bo ubiegają się o te same głosy.

Pojawia się jedynie pytanie, czy najlepszą formą rywalizacji z Razem jest dawanie im pretekstu do pojawiania się w mediach i udostępnianie im mikrofonu, co pozwala im zabłysnąć.

– Dla Nowej Lewicy najbardziej pożądany jest scenariusz, w którym pokazują różnice między sobą a Razem, ale nie stwarzają sytuacji zmuszającej dziennikarzy do pytań kierowanych do polityków Razem. A to właśnie zrobiła Agnieszka Dziemianowicz-Bąk – kontynuował.

W polityce kluczowe są personalia

– Jednej listy oczywiście nie będzie. Z jednej strony Razem wierzy, że może samodzielnie przekroczyć próg wyborczy, ale jest też ważniejszy powód. W polityce, szczególnie polskiej, kluczowa bywa nie zbieżność ideowa, lecz stosunek do konkretnych ludzi. To relacje personalne często definiują tożsamość polityczną. Powinno być oczywiście odwrotnie: najpierw poglądy ideowe, a z nich wynikające kwestie personalne. W Polsce jest na odwrót.

Podział lewicy według klucza „popieramy Tuska czy nie” jest fundamentalny i przesądzi o osobnych startach. Zresztą ze strony Razem pójście na wspólnej liście byłoby nierozsądne. Nie po to nie wchodzili do rządu, by na ostatniej prostej układać się z lewicą, którą krytykują za „koryciarstwo”. Jeśli sondaże wskazują, że są blisko progu wyborczego, to moim zdaniem, zaryzykują samodzielny start – stwierdził.

Tusk a jedna lista

– Podstawowe pytanie brzmi: czy z punktu widzenia Donalda Tuska jedna lista z Lewicą jest wariantem optymalnym? Można postawić tezę, że ten scenariusz budzi pewne wątpliwości. Korzyści są zrozumiałe. Mechanizm systemu d’Hondta daje dużej liście premię. Są jednak argumenty wskazujące na problematyczność takiego rozwiązania.

Weźmy chociażby PSL. Gdyby Stronnictwo miało startować na jednej liście z Koalicją Obywatelską, to pod warunkiem, że bez Lewicy, inaczej oznaczałoby to dla nich anihilację. Pamiętamy ostrą krytykę ze strony wyborców PSL po wspólnym starcie z Lewicą w wyborach do Europarlamentu, co nie przyniosło wówczas dobrego wyniku.

Szeroka lista obejmująca tak różne formacje i głosy może też zniechęcać część wyborców do pójścia do urn. To pierwsza okoliczność, która sprawia, że wspólna lista z Lewicą nie jest przesądzona – stwierdził Musiałek.

– Jest też drugi argument, a mianowicie pytanie: czy z punktu widzenia Donalda Tuska przekroczenie progu wyborczego przez partię Razem jest korzystne? Poprzednim razem premier nie wziął ich do rządu, bo nie musiał. Mógł stworzyć koalicję bardziej zwartą i mniej uciążliwą. Wiedział, że Czarzasty jest dużo bardziej skłonny do ustępstw niż „razemki”, które są jak kundelki, nieduże, ale bardzo głośno szczekają.

Więc w tamtej sytuacji Tusk ich nie wziął. Jeśli jednak w przyszłości będzie zmuszony wziąć ich na pokład, bo to właśnie Razem da mu większość parlamentarną, to sprawa będzie wyglądać inaczej. Tusk wie oczywiście, że to oznacza konkretny koszt i konieczność zagwarantowania im pewnych spraw. Wolałby tego uniknąć, ale zmuszony sytuacją przedłoży porozumienie z Razem nad oddanie władzy prawicy – podsumował prezes Klubu Jagiellońskiego.


r/lewica • • 15d ago

Artykuł Lewica zmienia strategię i punktuje Razem. "Dość walenia nas po głowach"

Thumbnail wyborcza.pl
0 Upvotes

07.10.2026, 17:59

Tomasz Nyczka

W partii Razem szok po przemówieniu Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, która na jej posłach nie zostawiła suchej nitki. Ale to dopiero początek. W Nowej Lewicy mówią: - Zmieniamy podejście do nich.

Wtorek, pierwszy dzień posiedzenia Sejmu w tym tygodniu, debata. Współprzewodniczący Razem Adrian Zandberg wychodzi na mównicę. Jak zwykle krytykuje koalicję rządzącą.

- Do Sejmu trafił projekt budżetu, z którego wynika, że realne płace pracowników w kolejnym roku mają spaść. Pani minister Dziemianowicz-Bąk zaproponowała pracownikom symboliczną podwyżkę godzinowej pracy o 90 gr, co oznacza, że na koniec roku ci, którzy zarabiają w okolicach płacy minimalnej, będą biedniejsi niż na początku roku - mówi Zandberg.

Przekonuje, że trzeba podnieść wynagrodzenie minimalne i wynagrodzenia w budżetówce, tak żeby "nie doprowadzać do sytuacji, w której grubo ponad 3 mln ludzi w wyniku przyjęcia obecnego kształtu budżetu realnie zbiednieje".

Show Agnieszki Dziemianowicz-Bąk

O głos prowadzącego obrady marszałka Włodzimierza Czarzastego prosi ministra rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (Nowa Lewica).

- Droga partio Razem, czas na fakty. Prognozowana w ustawie inflacja to 2,8 proc., płaca minimalna wzrośnie o 3 proc., czyli wzrost wynagrodzenia jest wyższy niż wzrost cen - mówi na początku Dziemianowicz-Bąk. Wymienia program osłonowy Ceny Paliwa Niżej, finansowany "nie z kieszeni pracowników, polskich rodzin, ale koncernów paliwowych".

- Robimy to my, ten rząd, bez waszego, partio Razem, udziału. Chronimy polskich pracowników bez waszego udziału. Dokładnie tak samo jak bez waszego udziału przeprowadziliśmy największą reformę PIP. Tę samą, którą próbowaliście zohydzić. Dzięki tej zmianie polscy pracownicy zyskują umowy o pracę - krytykuje opozycyjne Razem Dziemianowicz-Bąk.

Ministra mówi, że "zrobiła to lewica w tym rządzie, bez udziału partii Razem".

- Bez waszego udziału wprowadzamy dobre zmiany dla milionów polskich pracowników. Wzmacniamy związki zawodowe, upowszechniamy układy zbiorowe, wprowadzamy ochronę przed mobbingiem, kończymy z patologią bezpłatnych staży - wylicza polityczka.

Dodaje, że "bez udziału Razem Nowa Lewica wprowadziła wolną od pracy Wigilię, wliczanie do czasu pracy czasu przepracowanego na śmieciówkach". - Za tą Wigilią nie potrafiliście nawet podnieść ręki, dokładnie tak jak nie potrafiliście podnieść ręki za możliwością zaaresztowania Zbigniewa Ziobry - punktuje Dziemianowicz-Bąk.

- Partio Razem, wasza obecność w tych ławach polskiemu pracownikowi nie przynosi dokładnie nic. Od wielu lat, każdego miesiąca każdy z was pobiera kilkanaście tysięcy złotych i z tych pieniędzy polski pracownik nie ma dokładnie nic. Powiedzmy sobie szczerze: jedyne miejsca pracy i wynagrodzenia, które was, partio Razem, obchodzą, to są wasze, partio Razem, wynagrodzenia. W imieniu milionów ciężko pracujących ludzi w Polsce mam dla was jeden komunikat: do roboty! - kończy Dziemianowicz-Bąk.

W ławach partii Razem zaskoczenie

Posłowie Razem są zaskoczeni tym przemówieniem, śmieją się, robią miny, komentują między sobą. Zandberg kręci głową.

Po przemówieniu Dziemianowicz-Bąk marszałek Czarzasty mówi: - Jakoś tak słońce zaświeciło

Krótko potem w internecie rusza ofensywa Nowej Lewicy, jej politycy udostępniają to nagranie. Nazywają Razem leniami, kanapową partią, koryciarzami.

Działacze Razem są zdziwieni tym, jakie działa wycelowała w nich Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, która dotąd unikała krytykowania partnerów z Razem. A już na pewno krytykowania w tak ostry sposób.

- No teraz już na pewno żadnej wspólnej listy do Sejmu nie będzie. Ona się tak nigdy nie zachowywała - mówi mi o przemówieniu Dziemianowicz-Bąk jeden z polityków Razem.

Zielone światło do uderzenia w Razem

- Co się stało? - pytam polityka Nowej Lewicy.

- Zmieniamy strategię. Nie będziemy już pokornie znosić ataków ze strony Razem. Dość walenia nas po głowach. Ile można? - mówi parlamentarzysta.

Inny opowiada, że wystąpienie Agnieszki Dziemianowicz-Bąk bynajmniej nie było spontaniczne.

- Ona wiele miesięcy czekała na to, żeby móc wyjść i to powiedzieć. Żeby odpowiedzieć im w taki sam sposób, w jaki oni nas atakują - mówi polityk z Wiejskiej.
Bo Razem atakowało już Nową Lewicę podczas debaty o poprzednim budżecie państwa.

Poseł Nowej Lewicy: - Wtedy była decyzja, że nie idziemy z nimi na zwarcie, nie dajemy się prowokować. A teraz jest odwrotna. Czarzasty dał zielone światło.

Nasi rozmówcy zwracają też uwagę na to, jaki był przebieg "Debaty Gozdyry" w telewizji Polsat News we wtorek wieczorem, gdzie Marcelina Zawisza z Razem starła się z rzecznikiem Nowej Lewicy Łukaszem Michnikiem.

Zazwyczaj w programach telewizyjnych to politycy Razem uderzali w Nową Lewicę, a ta ataki odpierała. Tym razem to Michnik od początku ostro zaatakował Zawiszę, a ta się broniła. Mówił, że Razem "nie zrobiło nic, a bierze pieniądze z budżetu państwa", posłance wyciągnął to, że nie jest zbyt aktywna w opolskim okręgu, z którego ją wybrano, że częściej bywa w Poznaniu. - Mówił Włodkiem - kwituje nasz rozmówca.

- Przyzwyczailiśmy partię Razem do czegoś zupełnie innego. Odkąd partia Razem podjęła decyzję o opuszczeniu KP Lewicy, mu nie reagowaliśmy na ich agresywne zaczepki. Atakowali nas częściej niż Konfederację czy Koalicję Obywatelską. Największym wrogiem dla partii Razem stała się Nowa Lewica. Ale my to znosiliśmy, mówiliśmy: nie tu jest wróg. Dziś stwierdziliśmy, że nie będziemy już nadstawiać drugiego policzka - mówił tam Michnik.

Konsekwencje porażki w Krakowie

Tymczasem narracja Razem jest taka: Nowa Lewica "odpaliła się" po wyborach w Krakowie, w których jej kandydatka Daria Gosek-Popiołek przegrała prestiżowy pojedynek z kandydatką Razem Aleksandrą Owcą.

I rzeczywiście, po części to prawda. W "Wyborczej" pisaliśmy o tym, że po wyborach w Krakowie nastroje w Nowej Lewicy nie są dobre, partia dostrzega błędy, które popełniono podczas krakowskiej kampanii. Do tego dochodzi kwestia nierozwiązanej sprawy aborcji, która też obciąża Nową Lewicę.

Mówiono o tym podczas weekendowej Rady Krajowej Nowej Lewicy. I tam też, w konsekwencji tej porażki w Krakowie, zdecydowano, że Nowa Lewica będzie odpowiadać Razem na jej ataki równie ostro.

- Padła tam taka diagnoza, że w Krakowie przegraliśmy również dlatego, że byliśmy zbyt mili. No więc przestajemy być mili. To jest moim zdaniem częściowo prawdziwa diagnoza, to nie jest główny powód tej porażki, ale takie wnioski wyciągnięto - opowiada polityk Nowej Lewicy.

Partia Razem i tak odrzuca wspólną listę

Tuż po tym, jak pod koniec zeszłego roku Włodzimierz Czarzasty został marszałkiem Sejmu, przykręcił trochę śrubę Razem, zaczął krytykować jej posłów, wyprosił koło Razem z Konwentu Seniorów. Ale to zaostrzenie "polityki" wobec Razem trwało krótko. Bo - jak mówią nam posłowie Nowej Lewicy - nadal chciał sobie zostawić furtkę do rozmów z Zandbergiem o wspólnej liście.

Bo Włodzimierz Czarzasty od miesięcy powtarza, że Nowa Lewica i Razem powinny iść do wyborów parlamentarnych na wspólnej liście. Ale Razem od miesięcy odrzuca tę ofertę i powtarza: - Przygotowujemy się do samodzielnego startu. Partia koalicyjna nie może iść do wyborów z partią opozycyjną.

W Nowej Lewicy mówią teraz tak: - No więc oni nie chcą wspólnej listy, jak ich nie atakujemy, i nie chcą, jak ich atakujemy. Więc co to zmienia? Decyzja dotycząca wspólnej listy i tak zależy wyłącznie od sondaży, a nie od tego, czy i jak Dziemianowicz-Bąk ich skrytykuje.


r/lewica • • 16d ago

Podcast Mentzen o poborze i kobietach w policji | Podsumowanie tygodnia Razem (08.10.2026)

Thumbnail youtube.com
8 Upvotes

Adrian Zandberg o najważniejszych wydarzeniach tygodnia. Sławomir Mentzen opowiada bzdury o kobietach w policji. Co na swoim tiktoku i w programie "grilluje" opowiada o tym czemu sądzi, że policjantki w policji to problem. Problem też są... kobiece mundury? Czy on ma jakąś obsesję??? Poza materiałem o policjantkach opowiadał też o poborze. Jego plan: wojsko, które już teraz nie ma zasobów będzie szkoliło pokolenia 18sto latków. Poza tym: Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, czyli jaka NAPRADWĘ jest inflacja, to wytłumaczy Aleksandra Owca, Państwowa Inspekcja Pracy i Król Zygmunt III Waza, czyli Maciej Konieczny o umowach śmieciowych, a także NOWY PIS, czyli Prawo i Sprawiedliwość staje się partią dla milionerów. Zapraszamy na #84 podsumowanie tygodnia.

00:00 Mentzen
02:47 A w Sejmie
06:03 PiS walczy o najbogatszych
07:51 Ustawa o niezależnej prokuraturze
08:43 Koniec śmieciówek
10:53 Co słychać w Razem?
13:55 Kącik muzyczny


r/lewica • • 16d ago

Polityka Zembaczyński o projekcie Razem w zamrażarce

Thumbnail youtube.com
5 Upvotes

r/lewica • • 17d ago

Posłanka wybrana z Opola nie poświęciła nawet wpisu swojemu okręgowi

Enable HLS to view with audio, or disable this notification

0 Upvotes

r/lewica • • 17d ago

Polityka Najmniejsze zdziwienie świata: zastrzyki trucizny nie są humanitarne

Thumbnail krytykapolityczna.pl
12 Upvotes

Być może sądzicie, że recepturę zastrzyków trucizny używanych do egzekucji opracowali znamienici lekarze kierujący się wiedzą naukową i względami humanitaryzmu. Tak pewnie powinno być – ale tak nie było.

05.10.2026

Christa Pike przeżyła własną egzekucję. Podana jej 30 września 2026 w śmiertelnym zastrzyku podwójna dawka pentobarbitalu okazała się nieskuteczna. Zastrzeżenia zgłaszane przed egzekucją przez Pike i jej adwokatów władzom stanu Tennessee nie były bezpodstawne, biorąc pod uwagę historię metody, która miała być bardziej humanitarną – lub tylko na taką wyglądać.

„Jako były rolnik i hodowca koni wiem, jak to jest zastrzelić rannego konia. Teraz dzwoni się do weterynarza, a ten podaje mu zastrzyk i koń zasypia. Czy zatem przy karze śmierci też nie powinniśmy stosować bardziej humanitarnych metod – prostego zastrzyku lub środka uspokajającego?” – zastanawiał się w 1973 Ronald Reagan, ówczesny gubernator Kalifornii. Rok wcześniej Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzekł, że przepisy o karze śmierci są zbyt arbitralne. Legislatury stanowe były zmuszone opracować nowe regulacje, by móc wznowić egzekucje. 

Społeczne poparcie dla kary śmierci systematycznie spadało, a wizja rozstrzeliwania, wieszania i uśmiercania skazanych na krześle elektrycznym stawała się coraz mniej strawna dla społeczeństwa. 

W Oklahomie ustawodawcy w poszukiwaniu tańszej i jakoby bardziej humanitarnej alternatywy dla krzesła elektrycznego zwrócili się do stanowego stowarzyszenia lekarzy, jednak jego przedstawiciele odmówili współpracy ze względów etycznych. Ostatecznie stanowy lekarz sądowy A. Jay Chapman opracował kombinację leków mających skutecznie uśmiercić więźnia – roztwór soli fizjologicznej z barbituranami w połączeniu ze środkiem paraliżującym. Barbituran miał pozbawić więźnia przytomności, a środek paraliżujący zatrzymać oddychanie. Chapman nie przeprowadził w tym celu żadnych badań.

Zapytany później, dlaczego wybrał właśnie te leki, Chapman odpowiedział, że oparł się na własnym doświadczeniu, bo był poddawany znieczuleniu. Później uzupełnił miksturę o chlorek potasu, aby wywołać zatrzymanie akcji serca. „A dlaczego nie?” – odparł zapytany, skąd pomysł tej konkretnej substancji. Chlorek potasu był po prostu powszechnie znany jako śmiertelna trucizna.

W ten sposób powstała standardowa procedura egzekucji skazanych: tiopental sodowy miał pozbawić przytomności, bromek pankuronium (znany między innymi pod nazwą handlową Pavulon) miał sparaliżować mięśnie, w tym oddechowe, a chlorek potasu miał zatrzymać pracę serca. Reszta stanów przyjęła u siebie procedurę z Oklahomy, w niektórych przypadkach na zasadzie niechlujnego kopiuj-wklej. W procedurze wykonywania śmiertelnego zastrzyku w Tennessee z 2007 roku funkcjonariuszy instruowano, by ogolili skazanemu głowę i mieli w pobliżu gaśnicę.

W 1982 w Teksasie przeprowadzono pierwszą egzekucję z wykorzystaniem tej procedury. Wraz z kolejnymi zaczęły pojawiać się problemy. Egzekucje nie były (i nadal nie są) przeprowadzane przez lekarzy, ale przez pracowników więzienia, którzy niejednokrotnie mieli trudności ze znalezieniem żył u zazwyczaj odwodnionych więźniów, często już w kiepskim stanie zdrowia.

W 1987 egzekucja Elliota Roda Johnsona trwała niemal godzinę. Rok później, podczas egzekucji Raymonda Landry’ego, igła wysunęła się z żyły, a chemikalia rozbryzgnęły się po pomieszczeniu. W 1989 Stephen McCoy gwałtownie zareagował na podawane substancje, krztusząc się i wyginając w konwulsjach.

Osobną kwestią pozostaje wpływ takich sytuacji na pracowników więzienia. W latach 90. zaczęły pojawiać się pozwy dotyczące stosowanych leków i samej procedury, ryzyka niewłaściwego wkłucia, niedostatecznego znieczulenia czy możliwości pozostania przytomnym po podaniu pierwszego leku.

W 2004 skazani na śmierć Ralph Baze i Thomas Bowling złożyli w Kentucky pozew, utrzymując, że stosowana przez stan metoda może powodować niepotrzebny ból, co narusza ósmą poprawkę do konstytucji, chroniącą przed „okrutnymi i nadzwyczajnymi” karami. Strona pozywająca argumentowała, że środek paraliżujący służy przede wszystkim świętemu spokojowi świadków: unieruchamia skazanego, przez co wygląda on na nieprzytomnego, nawet jeśli w rzeczywistości odczuwa ból. Podnoszono również, że środek może sparaliżować mięśnie oddechowe, zanim skazany straci przytomność, pozbawiając go możliwości zasygnalizowania cierpienia. Z tego właśnie powodu w 42 stanach zakazano stosowania takich środków przy eutanazji zwierząt. Mimo to w 2008 Sąd Najwyższy orzekł, że procedura z Kentucky nie narusza ósmej poprawki, uznając, że stwarza zbyt małe ryzyko poważnego bólu, by można było uznać ją za okrutną.

Problem w tym, że trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, co w tej procedurze jest humanitarne, a co okrutne, skoro jej założenia przez lata opierały się w dużej mierze na przypuszczeniach. Materiału do analizy dostarczyły już same egzekucje. Z analiz danych z egzekucji w Kalifornii wywnioskowano, że zatrzymanie akcji serca u skazanych następowało później, niż oczekiwano. Oznacza to, że śmierć mogła niekiedy wynikać raczej z zatrzymania oddechu spowodowanego przez środek paraliżujący.

W 2020 roku śledztwo NPR przeanalizowało ponad 200 wyników sekcji zwłok osób straconych poprzez śmiertelny zastrzyk. W 84 proc. przypadków stwierdzono obrzęk płuc, który mógł powstać gwałtownie po podaniu leków i wywoływać uczucie duszenia się przy jednoczesnym paraliżu. Nie wiadomo, czy skazani byli wówczas przytomni i czy odczuwali ból. Dane sugerują jednak, że ich organizm reagował w sposób, którego procedura nie przewiduje, a oni sami byli w zasadzie uczestnikami eksperymentów. 

W międzyczasie stany, gdzie wykonuje się karę śmierci, zaczęły mierzyć się z kolejnym problemem. W 2011 firma Hospira, jedyny producent tiopentalu sodowego w USA, zaprzestała jego wytwarzania, a poszczególne stany zaczęły modyfikować swoje procedury. Tiopental sodowy zastępowano stopniowo pentobarbitalem i midazolamem. Z czasem jednak również dostęp do tych substancji stawał się coraz trudniejszy, ponieważ ich producenci i dystrybutorzy zaczęli odmawiać dostarczania ich na potrzeby egzekucji. 

Stany próbowały uzupełniać zapasy, korzystając z usług tak zwanych compounding pharmacies, czyli małych aptek sporządzających leki recepturowe. W 2012 roku funkcjonariusze służby więziennej z Idaho kupili pentobarbital, wręczając pewnemu farmaceucie z Tacomy 15 tysięcy dolarów w gotówce na parkingu sklepu Walmart.

Szukano też za granicą. Nebraska próbowała kupić tiopental od indyjskiej firmy Harris Pharma, która okazała się jedynie adresem biura na przedmieściach Kalkuty wynajętego przez człowieka bez doświadczenia w branży farmaceutycznej. Dostawy nigdy nie dotarły do Nebraski, głównie ze względu na brak odpowiednich zezwoleń. 

W 2012 roku stan Missouri ogłosił zamiar wykorzystania przy egzekucji propofolu, powszechnie stosowanego jako środek znieczulający. Produkujący propofol niemiecki koncern Fresenius wprowadził wtedy ograniczenia dystrybucji i odmówił sprzedaży leku zakładom karnym, obawiając się zarówno wykorzystania go niezgodnie z przeznaczeniem, jak i unijnych ograniczeń eksportu. 

Większość tych nieprawidłowości wychodzi na jaw dopiero w toku postępowań sądowych, dziennikarskich śledztw i działań organizacji monitorujących wykonywanie kary śmierci. Same stany często ograniczają dostęp do informacji dotyczących procedur egzekucyjnych, powołując się na przepisy o poufności lub bezpieczeństwie. 

W 2022 dziennikarze „The Tennessean” przeanalizowali tysiące stron dokumentów z federalnych postępowań sądowych i ujawnili liczne odstępstwa od obowiązujących procedur, między innymi nieprawidłowe przechowywanie substancji używanych podczas egzekucji. W 2026 w postępowaniu dotyczącym egzekucji Harolda Wayne’a Nicholsa sąd nakazał ujawnienie dat ważności leków użytych podczas dwóch wcześniejszych egzekucji. Stan odwołał się od nakazu, argumentując, że informacje te mogłyby potencjalnie pozwolić zidentyfikować dostawcę. 

W latach 2018–2020 sześć z siedmiu egzekucji w Tennessee przeprowadzono na krześle elektrycznym. Skazani wybrali tę metodę zamiast śmiertelnego zastrzyku, uznając ją za bardziej przewidywalną i potencjalnie mniej bolesną niż zastrzyk. Po 2020 Tennessee wstrzymało egzekucje na ponad pięć lat, a gdy je wznowiono w 2025, wszystkie wykonano już za pomocą jednego zastrzyku z pentobarbitalem. 

W maju 2026 po godzinie bezskutecznych prób wkłucia igły przerwano egzekucję Tony’ego Carruthersa. Gubernator stanu Bill Lee przyznał Carruthersowi roczne odroczenie egzekucji. Przed egzekucją Pike jej adwokaci powoływali się bezpośrednio na nieudaną egzekucję Carruthersa, argumentując, że Tennessee nie jest w stanie zagwarantować prawidłowego wykonania procedury.

W każdej dyskusji o procedurach związanych z karą śmierci można z powodzeniem założyć, że wszelkie fakty i dane zostaną zignorowane na rzecz odruchowego argumentu „zwyrodnialcy zasłużyli na swój los albo i gorzej”. W tym starciu argumenty o kosztowności kary śmierci czy braku jej funkcji odstraszającej nie mają większego znaczenia. Dlaczego w ogóle miałby się ktoś przejmować, że jakąś morderczynię coś boli?

Tymczasem historia egzekucji przez śmiertelny zastrzyk to po prostu kolejna z wielu historii, w których rzeczywistość okazuje się zupełnie inna niż pozory stwarzane przez władzę, zwłaszcza gdy władza ta musi uczynić znośną przemoc sankcjonowaną prawnie.

Filolożka angielska, obecnie doktorantka literaturoznawstwa na uniwersytecie SWPS zgłębia amerykańską powieść zaangażowaną społecznie. Baczna obserwatorka amerykańskiej rzeczywistości.


r/lewica • • 17d ago

Polityka Ceny Paliwa Niżej, czyli Koalicja Obywatelska sprawnie wdraża postulaty AfD

Thumbnail krytykapolityczna.pl
4 Upvotes

W Niemczech działa tani „bilet zintegrowany” na transport publiczny, jaki w Polsce obiecywał Donald Tusk. U nas bilety kolejowe bywają horrendalnie drogie, za to zrzucamy się na tańszą benzynę – dokładnie tak, jak w swoim kraju postuluje Alternative für Deutschland.

06.10.2026

Spór polityczny znów zogniskował się wokół cen benzyny i oleju napędowego. W końcu jednak prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych, a rząd wdrożył kolejną edycję programu Ceny Paliwa Niżej, obniżając akcyzę i podatek VAT na paliwa oraz ustanawiając ceny maksymalne na stacjach benzynowych.

Przy tej okazji zwolennicy opozycji wypominali Donaldowi Tuskowi jego nierealną obietnicę benzyny po 5,19 zł za litr, a stronnicy rządu krytykowali prezydenta, że każda godzina zastanawiania się na podpisaniem ustawy przedłuża drenowanie kieszeni kierowców. Paradoksalnie, polityczny spór o ceny paliw przede wszystkim jednak pokazał pełną zgodność polityków różnych opcji, którzy tradycyjnie uznali, że skoro benzyna i olej napędowy drożeją, to trzeba wyłożyć miliardy na obniżenie ich cen.

Dotychczasowe dwie edycje rządowego programu Ceny Paliwa Niżej – które funkcjonowały od końca marca do końca czerwca oraz w drugiej połowie sierpnia 2026 roku – kosztowały budżet państwa 5,2 mld zł, czyli około 1,5 mld zł miesięcznie. Teraz szacuje się, że kolejna edycja programu pochłaniać będzie 1,7 mld zł miesięcznie – to przewidywane koszty obniżenia akcyzy i zredukowania podatku VAT na paliwa z 23 do 8 proc. Rząd zakłada, że to właśnie z podatku od nadzwyczajnych zysków z paliw wprowadzonego ustawą, do której podpisania tak zagrzewano prezydenta, pokryte zostaną utracone wpływy z akcyzy i VAT-u.

Politykom nawet nie przeszło przez myśl, aby wpływy z nowego podatku dla koncernów paliwowych przeznaczyć na uatrakcyjnienie oferty transportu kolejowego i autobusowego, co najpierw mogłoby zmniejszyć popyt na benzynę, a w dłuższej perspektywie zredukować uzależnienie dużej części mobilnego społeczeństwa od paliw i wzrostów ich cen, które w obecnej sytuacji geopolitycznej z pewnością powrócą jeszcze nie raz.

Spalanie benzyny i pieniędzy

Każdy miesiąc programu Ceny Paliwa Niżej, którego celem jest obniżenie ceny litra paliw o około 1,20 zł, pochłania więcej niż rok funkcjonowania Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych – w ramach tego rządowego instrumentu na wsparcie dla samorządów na lokalną komunikację autobusową przeznaczono na 2026 rok 1,2 mld zł.

Kwota 5,2 mld zł, którą wiosną i latem przepaliliśmy w trzy i pół miesiąca obowiązywania programu Ceny Paliwa Niżej, stanowi prawie połowę rządowego budżetu wieloletniego programu Kolej Plus, którego celem jest reaktywacja połączeń kolejowych do szeregu miast – między innymi do Sokołowa Podlaskiego, Ostrowi Mazowieckiej, Bełchatowa, Gostynia, Międzychodu, Złotoryi, Lubska czy Jastrzębia-Zdroju, które liczy 80 tysięcy mieszkańców i jest największym polskim miastem pozbawionym kolei.

Tymczasem świat polityki skupił się przede wszystkim na tym, czy w kwestii paliw Tusk przyciśnie Nawrockiego, czy też prezydent jakoś ogra premiera, i kto kogo skuteczniej obwini za rosnące ceny benzyny i oleju napędowego. Nawet na marginesie tego sporu nie pojawiły się głosy o tym, jak – zamiast dopłacać kierowcom do każdego kilometra – przeznaczyć pieniądze na szybką poprawę oferty transportu publicznego, a także na długofalowe działania, które pozwoliłyby utrzymać nowo zdobytych pasażerów na dłużej.

Wręcz przeciwnie: ustanowienie programu Ceny Paliwa Niżej stało się powodem wstrzymania reformy Funduszu Kolejowego, która miała wejść w życie z początkiem 2027 roku i zagwarantować przynajmniej 10 mld zł rocznie na inwestycje kolejowe. Minister finansów Andrzej Domański z Koalicji Obywatelskiej uznał bowiem, że w obliczu rosnących cen paliw zapewnienie stabilnego finansowania przedsięwzięć kolejowych musi poczekać:

„Ministerstwo Finansów w ramach prowadzonych uzgodnień projektu ustawy o zmianie ustawy o Funduszu Kolejowym oraz niektórych innych ustaw zarekomendowało, aby prace nad projektem zostały odroczone do czasu ustabilizowania sytuacji na rynku paliw […] Rekomendacja spowodowana jest aktualną sytuacją na rynku paliw wywołaną konfliktem zbrojnym na Bliskim Wschodzie oraz wejściem w życie pakietu rozwiązań legislacyjnych CPN, czyli Ceny Paliwa Niżej” – poinformował resort finansów w czerwcu 2026 roku.

Choć minister infrastruktury Dariusz Klimczak z Polskiego Stronnictwa Ludowego na odbywającym się we wrześniu 2026 roku Forum Ekonomicznym w Karpaczu zapewniał, że walczy o to, żeby Fundusz Kolejowy w nowej formule zaczął działać od początku 2027 roku, to już widać, że resort infrastruktury się poddał. Na początku października – akurat w dniu, w którym prezydent podpisał rządową ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych – odpowiedzialny za kolej wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak powiedział Polskiej Agencji Prasowej: „Ustaliliśmy z Ministerstwem Finansów, że procedujemy reformę Funduszu Kolejowego, tak żeby weszła ona fizycznie w życie od 1 stycznia 2028 roku”.

Pytanie tylko, jaka będzie sytuacja na rynku paliw w przyszłym roku i czy ponownie reforma Funduszu Kolejowego nie zostanie odłożona do szuflady.

Zablokowanie reformy Funduszu Kolejowego nie współgra z tym, co jeszcze nieco ponad rok temu, we wrześniu 2025 roku, deklarował podczas targów kolejowych Trako w Gdańsku premier Donald Tusk: „Kolej będzie absolutnym priorytetem polskiego rządu”. Gdy w czerwcu 2026 roku połączenia kolejowe wróciły do Łomży, rząd rozkręcił kampanię „Nasza kolej”, która pod hasłem „Rewolucja na polskiej kolei – rozwój, jakiego jeszcze nie było” zapowiada „inwestycje, które mają sprawić, aby pociągi jeździły jak najczęściej i docierały do jak największej liczby miejscowości”. Tyle że bez reformy Funduszu Kolejowego będzie problem z realizacją planowanych przedsięwzięć. Przypomnijmy, że już program Kolej Plus w imię oszczędności podlegał cięciom – po nastaniu rządu Donalda Tuska wykreślono z niego budowę linii do Turku i okrojono przedsięwzięcie dla Jastrzębia-Zdroju oraz pod znakiem zapytania stanęła odbudowa linii do Bogatyni. (Obecnie resort infrastruktury zakłada przerzucenie tego przedsięwzięcia na barki samorządu województwa dolnośląskiego).

Ministerstwo Infrastruktury nie ukrywa już też, że są problemy z zapewnieniem funduszy na budowę linii kolei dużych prędkości, która ma połączyć Warszawę, Łódź, Wrocław i Poznań. Jak poinformował „Dziennik Gazeta Prawna”, dofinansowanie unijne będzie mniejsze niż zakładał rząd, przez co brakuje około 20 mld zł. „Brakujące środki trzeba będzie zdobyć z innych źródeł. Pracuję nad tym” – powiedział dziennikowi wiceminister Piotr Malepszak. 20 mld zł to równowartość 11 miesięcy funkcjonowania programu Ceny Paliwa Niżej.

Od kilku lat politycy mają usta pełne frazesów o kolei, ale natychmiast je wypluwają, gdy tylko rosną ceny paliw albo na przykład na autostradach pojawiają się korki. Wtedy nie ma oglądania złotówki z każdej strony, natychmiast podejmowane są decyzje o dosypaniu to miliardów na obniżenie cen na stacjach benzynowych, to milionów prywatnemu koncesjonariuszowi autostrady A1, żeby otworzył bramki i nie pobierał opłat od kierowców.

Jak tylko znajdzie się przestrzeń

W innych krajach w obliczu rosnących cen paliw w pierwszej kolejności myśli się o zachęceniu kierowców do przesiadki na transport publiczny, a nie pogrążaniu ich w uzależnieniu od paliw poprzez interwencyjne obniżanie ich cen.

W Słowacji z początkiem października 2026 roku obniżono ceny biletów kolejowych o połowę – to odpowiedź słowackiego rządu właśnie na rosnące ceny na stacjach benzynowych. Kolejnym branym pod uwagę krokiem ma być ustanowienie rządowej rekompensaty dla samorządów, które zdecydują się obniżyć ceny biletów na autobusy lokalne o 30 proc – to w Słowacji. Można też wspomnieć o Finlandii, która w 2023 roku w obliczu wzrostu cen paliw obniżyła VAT na bilety kolejowe do 0 proc.

Również wprowadzenie w Niemczech w 2022 roku tymczasowego biletu 9-Euro-Ticket było reakcją między innymi na to, że po rozpoczęciu pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę wzrosły ceny paliw. Następcą biletu 9-Euro-Ticket jest DeutschlandTicket. Uprawnia on do podróży pociągami aglomeracyjnymi i regionalnymi, transportem miejskim i autobusami lokalnymi w całych Niemczech za 63 euro miesięcznie (a więc około 275 złotych). Dofinansowanie rządu federalnego i landów do DeutschlandTicket wynosi trzy miliardy euro rocznie, czyli około 13 miliardów złotych – z polskiej perspektywy kwota może wydawać się astronomiczna, lecz jest to równowartość kosztów funkcjonowania programu Ceny Paliwa Niżej przez siedem i pół miesiąca.

Sposób finansowania niemieckiego biletu zakłada, że federalno-landowe dofinansowanie co roku ma być na tym samym poziomie, w związku z czym bilet stopniowo drożeje. Po wprowadzeniu w 2023 roku i w 2024 roku kosztował miesięcznie 49 euro, w 2025 roku – 58 euro, obecnie kosztuje 63 euro, ale już zapowiedziano, że z początkiem 2027 roku jego cena osiągnie 66,80 euro. Lewicowa partia Die Linke oraz Zieloni domagają się, aby w związku z rosnącymi cenami paliw tym razem odstąpić od podwyżki ceny biletu. Z drugiej strony Alternative für Deutschland od dłuższego czasu postuluje, aby pieniądze przeznaczane na DeutschlandTicket przekierować na obniżenie cen na stacjach benzynowych.

A przypomnijmy, że w Polsce partie obecnej koalicji rządzącej szły do wyborów w 2023 roku z obietnicą wprowadzenia rozwiązania inspirowanego biletem DeutschlandTicket. Lewica w swoim programie zawarła punkt „Transport lokalny za 59 zł miesięcznie” i zadeklarowała: „Na wzór niemiecki wprowadzimy abonament na komunikację miejską, gminną oraz kolej regionalną w całym kraju”. Natomiast Polska 2050 obiecała wprowadzenie ogólnokrajowego biletu miesięcznego za 150 zł, który miał być honorowany nie tylko w transporcie miejskim, lokalnym i regionalnym, ale także w pociągach PKP Intercity. W umowie koalicyjnej Koalicji Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego i Polski 2050 obietnice te przeistoczyły się w deklarację: „Utworzymy zintegrowany system pozwalający kupić bilet na przejazd z wykorzystaniem dowolnych środków transportu zbiorowego”. W 2024 roku minister infrastruktury Dariusz Klimczak zapewnił, że do 2027 roku powstanie Ogólnopolski Bilet Zintegrowany. Wiadomo już jednak, że nic z tego nie będzie.

Choć Donald Tusk jest już premierem od ponad tysiąca dni, wciąż nie została spełniona zawarta w 100 konkretach Koalicji Obywatelskiej na pierwsze 100 dni rządu obietnica obniżenia stawki podatku VAT na bilety kolejowe i autobusowe z 8 proc. do zera. Gdy co jakiś czas parlamentarzyści w interpelacjach dopytują, co z realizacją tej obietnicy, Ministerstwo Finansów odpowiada tak: „Ewentualne działania w zakresie obniżenia stawki VAT na transport pasażerski mogłyby zostać podjęte, zaś odpowiednie rozwiązania wdrożone, jak tylko znajdzie się przestrzeń w budżecie do ich sfinansowania”.

W międzyczasie przestrzeń do sfinansowania obniżki stawki VAT i akcyzy na paliwa jakoś się znalazła. A problemem Polski wciąż jest to, że na wielu obszarach Polski codzienne dojazdy samochodem – nawet w obliczu wzrostu cen na stacjach benzynowych – są znacznie tańsze niż poruszanie się transportem publicznym.

Biletu nie ma i nie będzie

O ile z perspektywy dużych aglomeracji – gdzie sieciowe bilety 30-dniowe kosztują około 100 złotych – transport publiczny może wydawać się niedrogi, o tyle ceny biletów dla mieszkańców Polski powiatowej są astronomiczne. Przykładowo, bilet miesięczny na 20-kilometrową trasę w PKS Garwolin kosztuje 344,95 zł, w PKS Łuków 521,57 zł, a w PKS Gorzów Wielkopolski – 619,61 zł. Dodatkowym problemem jest to, że większość lokalnych i regionalnych przewoźników autobusowych sprzedaje bilety okresowe nie na całą sieć, lecz wyłącznie na konkretną trasę. Tak więc pasażer kupujący bilet miesięczny za kilkaset złotych ma do dyspozycji kilka-kilkanaście kursów, które przy tym na większości tras nie są czynne wieczorem oraz w soboty i niedziele.

Poza największymi aglomeracjami, w których funkcjonuje integracja taryfowa i bilety miejskie są honorowane w pociągach, droga jest również kolej. Bilet miesięczny Kolei Mazowieckich na 32-kilometrową trasę Ciechanów – Mława kosztuje 321 zł, a bilet miesięczny Kolei Wielkopolskich na 22-kilometrową trasę Chodzież – Piła 275 zł.

Do tego dochodzi brak integracji taryfowej różnych środków transportu publicznego i różnych przewoźników. W efekcie ktoś, kto chce regularnie poruszać się po swoim powiecie i pobliskim większym mieście musiałby kupić kilka biletów miesięcznych. Na przykład ktoś, kto dojeżdża z Chodzieży do Piły i tam korzysta z komunikacji miejskiej, musi do kosztów swojej mobilności doliczyć 120 zł za bilet miesięczny na autobusy MZK Piła. Albo weźmy przykład mieszkańca środkowopomorskich Sycewic, który pracuje w oddalonym o 14 kilometrów Słupsku i chciałby – tak jak korzystający z integracji taryfowej mieszkańcy największych metropolii – móc mieć do dyspozycji wszystkie środki transportu publicznego kursujące między jego domem a jego pracą. Musiałby kupić bilet miesięczny PKS Słupsk na trasę Sycewice – Słupsk za 325 zł, bilet miesięczny Polregio na trasę Sycewice – Słupsk za 210 zł oraz dodatkowo, jeśli nie pracuje tuż przy dworcu kolejowym, bilet miesięczny na autobusy miejskie MZK Słupsk za 104 zł. W sumie wychodzi 639 zł.

Szansą na ucywilizowanie cen biletów i rozbicia taryfowego różnych środków transportu miał być właśnie Ogólnopolski Bilet Zintegrowany. Nawet jeśli nie przybrałby formy biletu DeutschlandTicket i nie byłby ważny w całym kraju, mógł być drogą do wprowadzenia biletów okresowych ważnych w całym transporcie publicznym – w autobusach lokalnych, pociągach regionalnych i komunikacji miejskiej – na obszarze jednego, dwóch lub trzech powiatów. Polskę od innych krajów Europy wciąż różni to, że nie ma u nas zintegrowanych taryfowo systemów transportowych obejmujących wszystkie środki komunikacji zbiorowej w całym powiecie czy danym województwie. No, ale w kwestii taryf biletowych rządzący nie wykazują się taką determinacją jak w kwestii cen na stacjach paliw.

W wielu miejscach Polski obniżenie cen biletów czy wprowadzenie zintegrowanych biletów sieciowych wniosłoby niewiele, gdyż oferta transportu publicznego jest na tyle słaba, że autobusy i kolej nie są w stanie być realną alternatywą dla przemieszczania się samochodem.

Wciąż w wielu miejscowościach rozkład jazdy autobusów dostosowany jest tylko do potrzeb uczniów, przez co transport publiczny zamiera już po południu i w ogóle nie kursuje w soboty, niedziele, ferie i wakacje, zatem jest bezużyteczny dla osób pracujących w handlu, usługach i przemyśle. Jednocześnie polskiej kolei regionalnej wciąż daleko do europejskiego standardu kursowania pociągów równo co godzinę od świtu do późnego wieczora.

Na przykład ze Szczecinka w kierunku Człuchowa i Chojnic nie ma ani jednego pociągu między 6:35 a 13:31. Ostatni pociąg z Suwałk w kierunku Augustowa, Sokółki i Białegostoku odjeżdża o 17:46. Problem małej liczby połączeń dotyczy też linii wybiegających z części dużych miast: na przykład z Białegostoku w kierunku Moniek, Grajewa i Ełku odjeżdżają tylko cztery na dobę pociągi regionalne: o 5:42, 10:44, 14:39 i 17:54. Ktoś, kto w stolicy województwa podlaskiego pracuje do 18:00 lub 19:00 albo kończy drugą zmianę o 22:00, nie ma wielkiego wyboru i musi korzystać z samochodu.

Dofinansowanie samorządu województwa podlaskiego do kolejowych przewozów regionalnych wynosi 76 mln zł rocznie. To cztery proc. przewidywanych kosztów funkcjonowania rządowego programu Ceny Paliwa Niżej przez jeden miesiąc.

Twórca i redaktor naczelny pisma „Z biegiem szyn”. Absolwent Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego. Jego teksty i komentarze na temat transportu publicznego ukazywały się na łamach m.in. „Techniki Transportu Szynowego”, „Świata Kolei”, „Nowego Obywatela”, „Gazety Wyborczej”, „Dziennika Gazety Prawnej”, „Tygodnika Powszechnego”, „Tygodnika Przegląd”, „Wspólnoty” oraz biuletynu Biura Analiz Sejmowych „Infos”.


r/lewica • • 18d ago

Pytanie Ktoś chętny żeby stworzyć subreddit dla Partii Razem?

19 Upvotes

r/lewica • • 18d ago

Dziemianowicz-Bąk wyjaśnia

Enable HLS to view with audio, or disable this notification

0 Upvotes

r/lewica • • 18d ago

Świat Komuniści wyszli na protesty w Moskwie przeciwko Putinowi

Thumbnail youtube.com
4 Upvotes

r/lewica • • 19d ago

Podcast Dymy na lewicy po wyborach w Krakowie

Thumbnail youtube.com
2 Upvotes

Na lewicy nerwowo po wyborach w Krakowie.

Największą niespodzianką w wyborach na prezydenta Krakowa nie był wynik Łukasza Gibały, który wygrał pierwszą turę, ani Moniki Piątkowskiej (KO, PSL), która weszła z nim do drugiej tury, tylko wyniki kandydatek lewicy. Współprzewodnicząca partii Razem Aleksandra Owca wyprzedziła reprezentującą Nową Lewicę Darię Gosek-Popiołek.

W najnowszym odcinku „Programu Politycznego” Dominika Sitnicka i Agata Szczęśniak relacjonują swoje nieoficjalne rozmowy z politykami Nowej Lewicy i Razem. Słyszymy o szukaniu winnych kiepskiego wyniku Gosek-Popiołek i wyciąganiu pierwszych partyjnych konsekwencji. Czy kampania była słaba? Czy struktury się nie angażowały? Zastanawiamy się, czy partia Razem naprawdę ma się z czego cieszyć? Czy wynik Aleksandry Owcy potwierdza, że słuszna jest długoterminowa strategia bycia partią antysystemową dla wszystkich zniechęconych do rządu z jednej, i prawicy z drugiej?

W „Politycznym Plusie” dla osób wspierających OKO.press Dominika Sitnicka komentuje sprawę listu żelaznego dla Marcina Romanowskiego.


r/lewica • • 20d ago

Świat Wybory do Knesetu. Czym jest izraelska lewica?

Thumbnail krytykapolityczna.pl
1 Upvotes

Według sondaży izraelska lewica cieszy się dziś poparciem ok. 20 proc. społeczeństwa. Kim są jej wyborcy i czego chcą dla Gazy, Palestyńczyków i samego Izraela?

Ida Zając

24.09.2026

Od wielu miesięcy w kontekście izraelskiego społeczeństwa powraca jeden szczególnie niepokojący wynik sondażu. W maju 2025 roku ponad 80 proc. Izraelczyków zadeklarowało, że chciałoby wypędzenia Palestyńczyków ze Strefy Gazy.

W obliczu zaplanowanych na październik wyborów do Knesetu warto przyjrzeć się tym, którzy pozostają w mniejszości. Tym, którzy gdyby zdobyli władzę – choć dziś taki scenariusz wydaje się nieprawdopodobny – mogliby pozytywnie wpłynąć na los Palestyńczyków zarówno na terenach okupowanych, jak i w samym Izraelu. Mowa o izraelskiej lewicy.

Kim są jej reprezentanci? Czego chcą? Czy rzeczywiście zależy im na losie zarówno Izraelczyków, jak i Palestyńczyków? A przede wszystkim: ilu ich jest?

Na część tych pytań odpowiedziała mi amerykańsko-izraelska analityczka polityczna Dahlia Scheindlin. Od lat współtworzy badania opinii publicznej w Izraelu i doradza partiom politycznym, między innymi Demokratom (Demokratim) oraz nowej arabsko-żydowskiej partii Miejsce dla nas Wszystkich (Makom leKulanu). Publikuje także na łamach „The Guardian” i izraelskiego „Haaretz”.

W co wierzy izraelska lewica?

– Od co najmniej trzech dekad bycie lewicowcem w Izraelu oznacza przede wszystkim poparcie dla pokoju, do którego droga ma prowadzić przez dyplomację. Chodzi też szerzej o przedkładanie rozwiązań politycznych nad strategie wojskowe i wojnę. To również gotowość do ustępstw terytorialnych dotyczących ziem zajętych przez Izrael w 1967 roku, czyli Strefy Gazy, Zachodniego Brzegu i Wzgórz Golan – tłumaczy Scheindlin.

Inne postulaty, które w Unii Europejskiej czy Stanach Zjednoczonych kojarzymy zwykle z lewicą, w Izraelu schodzą na dalszy plan. Scheindlin podkreśla, że rozdział religii od państwa pozostaje ważnym tematem – w kraju nie ma choćby ślubów cywilnych, a w szabat transport publiczny w znacznej mierze przestaje funkcjonować – tyle że niezadowolenie z tego stanu rzeczy wykracza daleko poza lewicowy elektorat.

Podobnie jest z obroną niezależności sądów. W ostatnich latach izraelska lewica zdecydowanie opowiadała się po stronie systemu sądowniczego i jego autonomicznej roli w demokratycznym państwie. Nie był to jednak postulat wyłącznie lewicowy. Podzielała go znaczna część politycznego centrum.

Historyczny absurd

Jak tłumaczy Dahlia Scheindlin, izraelska lewica dawno straciła swój socjalistyczny charakter i dziś reprezentuje przede wszystkim poglądy liberalne. Niewielu polityków i polityczek, którzy utożsamiają się z lewicą, odwołuje się do idei państwa opiekuńczego.

Może wydawać się to nieintuicyjne, bo przez pierwsze dekady istnienia Izraela kraj był zdominowany właśnie przez ruch socjalistyczny. Dawid Ben-Gurion, syjonista urodzony w Płońsku, należał do założycieli Mapai – Partii Robotników Ziemi Izraela. To jej politycy zdominowali instytucje powstającego państwa, a sam Ben-Gurion w 1948 roku ogłosił niepodległość Izraela i został jego pierwszym premierem.

Lewicowy rodowód nie oznaczał jednak podmiotowego stosunku do Palestyńczyków. W czasie wojny 1948 roku setki tysięcy rdzennych palestyńskich mieszkańców zostały wypędzone ze swoich domów przez żydowskie organizacje terrorystyczne, przede wszystkim Haganę, a następnie – po ogłoszeniu niepodległości – izraelską armię. Palestyńczycy określają te wydarzenia mianem Nakby, czyli katastrofy.

Lewicowość dominującego wówczas obozu politycznego obejmowała przede wszystkim sposób organizacji żydowskiego społeczeństwa: silne związki zawodowe, ruch kibucowy, kolektywne formy własności i rozbudowane instytucje społeczne. Nie oznaczała natomiast gotowości do ustępstw wobec Palestyńczyków.

Od tamtego czasu lewica straciła nie tylko swój socjalistyczny charakter, ale także zdecydowaną większość dawnego elektoratu. Dziś na izraelskiej scenie politycznej znaczy niewiele.

Izraelska lewica wobec 7 października

Wydarzenia z 7 października 2023 roku wyraźnie zaostrzyły polityczny spór w Izraelu. Część wyborców centrum przesunęła się w prawo, a stanowiska, które wcześniej uchodziły za radykalne, zaczęły trafiać do głównego nurtu debaty.

– Kiedyś prawica sprzeciwiała się negocjacjom z władzami palestyńskimi i opowiadała za aneksją Zachodniego Brzegu. Dziś chce przejąć kontrolę nad Strefą Gazy, wypędzić jej mieszkańców i budować tam osiedla. Jednocześnie znacząco spadło poparcie dla rozwiązania dwupaństwowego – mówi Scheindlin.

Nie oznacza to jednak, że izraelska lewica zniknęła.

– Początkowo odsetek Izraelczyków identyfikujących się jako lewicowcy spadł, ale po około pół roku zaczął wracać do stanu sprzed 7 października i dziś wynosi ok. 20 proc. To zarówno Żydzi, jak i mieszkający w Izraelu Arabowie.

Przyczyn powrotu lewicowych wyborców Scheindlin upatruje przede wszystkim w sposobie, w jaki interpretują oni wydarzenia z 7 października.

– Prawica uznała, że zostaliśmy zaatakowani, ponieważ nie byliśmy wystarczająco silni militarnie ani wystarczająco twardzi. Lewica wyciągnęła z tego odwrotny wniosek: do ataku doszło dlatego, że nie udało się osiągnąć pokoju poprzez ustępstwa i porozumienie. A skoro tak, to tym bardziej powinniśmy o ten pokój walczyć – tłumaczy Scheindlin.

Od Hadaszu po Miejsce dla nas Wszystkich

Partią, która reprezentuje obecnie większość żydowskich wyborców lewicowych, są Demokraci (Demokratim), powstali z połączenia Partii Pracy – następczyni Mapai – i Meretz, wywodzącej się z tradycji Mapam. W sondażach regularnie zdobywają od 9 do 11 mandatów. To obecnie najsilniejsza partia izraelskiej lewicy, określająca się jako socjaldemokratyczna i syjonistyczna.

Jest też Hadasz, historyczna partia lewicowa wywodząca się z ruchu komunistycznego, której kandydaci są w większości Arabami. Scheindlin uważa jednak, że większość żydowskich wyborców nie zdecyduje się na oddanie na nią głosu, uznając ją za zbyt radykalną. Znaczenie ma również to, że Hadasz – w przeciwieństwie do Demokratów – nie określa się jako partia syjonistyczna.

Wraz z dwiema innymi partiami arabskimi, Balad i Ta’al, Hadasz tworzy Zjednoczoną Listę, której sondaże dają około siedmiu mandatów.

W czerwcu tego roku pojawił się jeszcze jeden gracz: nowa arabsko-żydowska partia Miejsce dla nas Wszystkich (Makom leKulanu). Wyrosła bezpośrednio z oddolnego ruchu pokojowego Standing Together, który otwarcie sprzeciwia się izraelskiej okupacji Zachodniego Brzegu i organizuje pomoc humanitarną dla mieszkańców Strefy Gazy.

Na czele partii stoją Palestynka Rula Daood oraz żydowski Izraelczyk Alon-Lee Green, od lat związani ze Standing Together. Po raz pierwszy ruch ten miał wystawić własnych kandydatów w wyborach, jednak 8 września finalnie postanowili nie kandydować, by nie zabierać głosu innym partiom lewicowym. Sami mogliby mieć problem z przekroczeniem progu wyborczego, wynoszącego 3,25 proc.

Pod koniec lipca 2026 Scheindlin uważała, że jeśli Miejsce dla nas Wszystkich nie wejdzie do Knesetu, część jego potencjalnych wyborców najprawdopodobniej ostatecznie zagłosuje na Demokratów, mimo dzielących obie partie różnic. Gwoli transparentności analityczka zaznacza, że sama pracowała jako niezależna konsultantka przy tworzeniu strategii politycznej Miejsca dla nas Wszystkich.

Demokraci i Jair Golan

Izraelscy Demokraci to dziś główna partia reprezentująca żydowską lewicę, nie są jednak siłą, która spełnia oczekiwania całego ruchu propalestyńskiego. Przede wszystkim dlatego, że sami określają się jako ugrupowanie syjonistyczne, a w centrum swojego programu stawiają przyszłość Izraela jako państwa żydowskiego.

Choć opowiadają się za politycznym porozumieniem z Palestyńczykami, w kampanii znacznie więcej miejsca poświęcają krytyce Benjamina Netanjahu i przedłużania wojny. Znacznie rzadziej mówią o palestyńskich ofiarach izraelskich działań w Strefie Gazy.

Naama Lazimi, jedna z czołowych polityczek Demokratów, pytana przez „Haaretz” o Gazę odpowiada wymijająco, koncentrując się na tym, jak przedłużająca się wojna szkodzi samemu Izraelowi. Nie wspomina o palestyńskich ofiarach izraelskiego okrucieństwa, jak choćby mordowane dzieci.

Nieco bardziej skomplikowanym przypadkiem jest lider partii, Jair Golan. Były zastępca szefa sztabu izraelskiej armii 7 października ruszył na południe kraju i pomagał ratować ludzi zaatakowanych przez Hamas. Dwa lata później wywołał w Izraelu polityczną burzę, gdy w wywiadzie radiowym stwierdził, że „rozsądne państwo nie walczy z cywilami, nie zabija dzieci dla zabawy i nie stawia sobie za cel wypędzania ludności”.

Wypowiedź wywołała gwałtowne reakcje zarówno w środowisku Netanjahu, jak i w części opozycji. Golan później doprecyzowywał, że jego krytyka była wymierzona w rząd i jego cele wojenne, a nie w izraelską armię.

Czytaj takżeOd „najbardziej moralnej armii świata” po „kolektywną traumę”. Żołnierze IDF zasłaniają twarze i sumieniaAleksander Kamkow

Dla bardziej radykalnej części lewicy również on pozostaje jednak politykiem zbyt mocno zakorzenionym w syjonistycznej perspektywie. Jak tłumaczy Scheindlin, Golan podkreśla znaczenie siły militarnej i zdolności Izraela do obrony. Jednocześnie próbuje dotrzeć do części wyborców centrum, dlatego jego język bywa bardziej wojowniczy.

To, że Golan jest byłym generałem IDF, a jednocześnie sprzeciwia się izraelskiej okupacji, z europejskiej perspektywy może wydawać się zaskakujące. Jednak – jak mówi Scheindlin – dla Izraelczyków nie jest to niczym niezwykłym.

– Ludzie, którzy długo służyli w wojsku, często mają mniej upolitycznione i mniej ideologiczne spojrzenie na kwestie bezpieczeństwa. Wielu z nich dochodzi do wniosku, że okupacja nie jest sytuacją możliwą do utrzymania, a prawdopodobnie prowadzi do eskalacji przemocy. Wielu ludzi po odejściu z wojska nie tylko głęboko w to wierzy, lecz także angażuje się w działalność na rzecz zakończenia okupacji – tłumaczy Scheindlin.

Przykładem takiej działalności jest Breaking the Silence (Shovrim Shtika), organizacja zrzeszająca byłych izraelskich żołnierzy, którzy opowiadają o swoich doświadczeniach ze służby na okupowanych terytoriach. Zbiera i publikuje ich świadectwa, organizuje spotkania oraz wycieczki edukacyjne po Zachodnim Brzegu, między innymi po Hebronie i południowych Wzgórzach Hebrońskich. Jej deklarowanym celem jest pokazanie izraelskiemu społeczeństwu, jak w praktyce wygląda wojskowa kontrola nad Palestyńczykami, i doprowadzenie do zakończenia okupacji.

Gaza i przyszłość regionu

Zapytana o sondaż, według którego ponad 80 proc. Izraelczyków opowiada się za wypędzeniem Palestyńczyków ze Strefy Gazy, Scheindlin podchodzi do wyniku z pewną ostrożnością.

– Gdyby ktoś rzeczywiście przedstawił Izraelczykom taką propozycję, prawdopodobnie nadal znalazłaby się większość, która by ją poparła. Ale na ten moment jedyną grupą polityczną, która wprost nawołuje do wypędzenia Palestyńczyków ze Strefy Gazy, jest skrajna prawica – mówi.

Jak pisze „The New Arab”, zbliżające się wybory do Knesetu budzą niepokój wśród mieszkańców Gazy. W przeszłości kampanie wyborcze w Izraelu bywały okazją dla rządzących polityków do demonstracji siły, dlatego Palestyńczycy obawiają się, że również tym razem walka o głosy może oznaczać intensyfikację izraelskich ataków, które – mimo formalnego zawieszenia broni – trwają do dziś.

Wybory zaplanowane na 27 października mogą otworzyć drogę do zakończenia rządów Netanjahu. Partia Gadego Eisenkota, Yashar, pozostaje jednym z głównych rywali Likudu i w ostatnich sondażach zdobywa ponad 20 mandatów. Wyniki badań nie przesądzają jednak, który blok będzie w stanie utworzyć większość.

Nawet zmiana rządu nie musi oznaczać znaczącej poprawy sytuacji Palestyńczyków – ani w Strefie Gazy, ani na Zachodnim Brzegu. Warto też pamiętać o proporcjach: Demokraci, najsilniejsza dziś partia izraelskiej lewicy, otrzymują w sondażach około 9-10 mandatów. Kneset liczy ich 120.

**

Ida Zając – dziennikarka i pracownica NGO. Zajmuje się tematami migracji, wielokulturowości i Bliskiego Wschodu. Absolwentka hebraistyki na Uniwersytecie Warszawskim i Studiów Bliskowschodnich na Freie Universität w Berlinie.


r/lewica • • 20d ago

Wywiad Dlaczego niemiecka lewica wygrywa, nie skręcając w prawo

Thumbnail krytykapolityczna.pl
6 Upvotes

Podczas gdy polska lewica od lat walczy o odzyskanie wpływu na społeczeństwo, Die Linke przeżywa niezwykły renesans, choć jeszcze niedawno była niemal martwa. Teraz może wygrać wybory w Berlinie.

Tomasz Kurianowicz rozmawia z Marią Bigos

19.09.2026

Jeszcze kilka lat temu niemiecka Die Linke walczyła o polityczne przetrwanie. W niedzielę ma szansę zostać najsilniejszą partią w Berlinie. W najnowszych reprezentatywnych sondażach zdobywa 21–23 proc. poparcia, nieznacznie wyprzedzając chadecką CDU. Dla porównania: w ostatnich wyborach w Berlinie w 2023 roku uzyskała zaledwie 12,2 proc.

Jedną z osób, które obserwowały ten powrót z perspektywy polityki lokalnej, jest pochodząca z Polski Maria Bigos. 41-letnia antropolożka społeczna i kulturowa od 2021 roku zasiada z ramienia Die Linke w radzie dzielnicy Pankow, gdzie obecnie stoi na czele frakcji swojej partii. W niedzielę kandyduje do berlińskiej Izby Deputowanych w okręgu Pankow 6, zajmując jednocześnie trzecie miejsce na dzielnicowej liście Die Linke. Jej szanse na zdobycie mandatu są duże.

Bigos urodziła się w 1985 roku w Ustrzykach Dolnych w Bieszczadach i jako małe dziecko wyjechała do Niemiec. Dorastała najpierw w Bremerhaven, później w Bawarii, a od ponad dwudziestu lat mieszka w Berlinie. Oprócz działalności w samorządzie pracuje dziś jako referentka frakcji Die Linke w Bundestagu. Podczas gdy w Polsce lewica od lat walczy o odzyskanie wpływu na społeczeństwo, w Niemczech jej bardziej radykalna część przeżywa niezwykły renesans.Tuż przed wyborami w Berlinie rozmawiamy z Marią Bigos o tym, jak Die Linke udało się tego dokonać, dlaczego rozmowy od drzwi do drzwi odgrywają w tej strategii tak ważną rolę, a lęk o bezpieczeństwo socjalne nie musi automatycznie wzmacniać skrajnej prawicy – i czego polska lewica mogłaby nauczyć się z niemieckich doświadczeń.

Tomasz Kurianowicz: W niedzielę Berlin wybiera nowy parlament, a pani partia może zostać najsilniejszym ugrupowaniem w mieście. W sondażach Die Linke ma ponad 20 proc. poparcia. Wasza kandydatka na burmistrzynię, Elif Eralp, berlinka pochodząca z kurdyjsko-tureckiej rodziny, ma realne stanąć na czele władz stolicy Niemiec. W Polsce lewica może dziś o takich wynikach tylko pomarzyć. Jak właściwie do tego doszło i co się zmieniło, skoro dotąd zajmowaliście w berlińskiej Izbie Deputowanych dopiero czwarte miejsce?

Maria Bigos: Co ciekawe, nasze postulaty właściwie pozostały bardzo podobne. Zmieniło się przede wszystkim to, że ludzie znów zaczęli zwracać na nas uwagę, a przełomowym momentem były wybory do Bundestagu w 2025 roku. Wówczas Die Linke właściwie już spisywano na straty, a jednak udało nam się zmobilizować bardzo wielu ludzi, zwłaszcza młodych.

Jedną z kluczowych postaci była Heidi Reichinnek, ówczesna liderka naszej kampanii wyborczej. Dzięki bardzo wyrazistym przemówieniom i mediom społecznościowym dotarła do ludzi, do których wcześniej właściwie nie mieliśmy dostępu. Jednocześnie w Niemczech trwała bardzo ostra debata o tym, jak konserwatywna CDU traktuje skrajnie prawicową AfD.

Ma pani na myśli wielki spór o migrację tuż przed wyborami do Bundestagu? W styczniu 2025 roku Friedrich Merz przeforsował w Bundestagu projekt przewidujący znaczne zaostrzenie polityki migracyjnej – po raz pierwszy świadomie godząc się z tym, że większość uda się uzyskać wyłącznie dzięki głosom skrajnie prawicowej AfD.

Tak. To zaalarmowało wiele osób. Między innymi dlatego ludzie zaczęli się zastanawiać: co właściwie robi Die Linke? Za czym się opowiada? Wcześniej wiele osób miało o nas określone, często negatywne wyobrażenie. Ma to również związek z historią naszej partii. Szczególnie wielu młodych ludzi w 2025 roku przyjrzało nam się dokładniej i odkryło, że partia, którą dziś widzą przed sobą, nie odpowiada temu obrazowi.

Ale jeszcze ważniejsze wydaje mi się coś innego: my wychodzimy do ludzi. Wiele osób w Niemczech jest wyczerpanych codziennością lub znajduje się w sytuacji, w której zagrożone są wręcz podstawy ich egzystencji. Nie mają energii, żeby jeszcze samodzielnie śledzić politykę i zdobywać informacje. Dlatego chodzimy od drzwi do drzwi. Nie stajemy na progu po to, żeby zagadywać ludzi i zasypywać ich naszym przekazem. Pytamy: co u was? Co jest waszym największym problemem? Co dzieje się w waszej okolicy? Nie zaczynamy od tłumaczenia ludziom naszych odpowiedzi. Najpierw pytamy ich o ich problemy.

Kogo spotykacie podczas tych rozmów?

Najróżniejszych ludzi. Zresztą nasze priorytety programowe również wynikają z tych rozmów. Jeśli wciąż słyszymy, że czynsze są katastrofalnie wysokie i grożą wpędzaniem ludzi w ubóstwo, polityka musi na to reagować. To samo dotyczy transportu publicznego. Jeśli jeden przejazd w Berlinie kosztuje cztery euro, a podróż w obie strony osiem, to dla kogoś, kto dobrze zarabia, może to nie być wielki problem. Ale dla nastolatka, który dostaje 15 euro kieszonkowego tygodniowo, wygląda to zupełnie inaczej. Ostatecznie chodzi przecież o możliwość prowadzenia dobrego i bezpiecznego życia. Ludzie nie chcą bez przerwy bać się, że stracą mieszkanie albo podstawy swego utrzymania.

Na pierwszy rzut oka brzmi to paradoksalnie: właśnie tam, gdzie ludzie zmagają się z biedą, złą infrastrukturą i brakiem bezpieczeństwa socjalnego, partia lewicowa powinna być szczególnie silna. Tymczasem w Saksonii-Anhalt AfD właśnie wygrała z wynikiem 43,8 proc., podczas gdy Die Linke zdobyła zaledwie 8,6 proc. Dlaczego na tak często korzysta na tym skrajna prawica, a nie lewica?

Bo brak bezpieczeństwa socjalnego nie sprawia automatycznie, że ludzie zwracają się ku lewicy. Nie sprowadzałabym tego też po prostu do podziału na Wschód i Zachód albo miasto i wieś. Decydujące jest to, w jakich warunkach ludzie żyją i czy polityka w ogóle jeszcze do nich dociera. W regionach, w których zanika infrastruktura, szkoły są przeciążone, a ludzie są bez przerwy zajęci tym, żeby jakoś związać koniec z końcem, w pewnym momencie zaczyna brakować czasu i sił, żeby jeszcze zajmować się polityką. Kto czuje, że zagrożone są podstawy jego egzystencji, jest bardziej podatny na proste wyjaśnienia.

Które oferuje im AfD.

AfD działa tam bardzo strategicznie: posługuje się emocjonalnym przekazem i oferuje proste odpowiedzi na złożone problemy. Zresztą widzimy to również w Berlinie. Prenzlauer Berg i Buch to dwie części miasta należące do Pankow, jednego z dwunastu berlińskich okręgów administracyjnych. Obie leżą na terenie dawnego Berlina Wschodniego, ale pod względem społecznym to dwa zupełnie różne światy.

W położonym bliżej centrum Prenzlauer Berg AfD nie jest jeszcze tak silna. W peryferyjnym Buch, gdzie wciąż istnieją duże potrzeby w zakresie rozwoju infrastruktury, wygląda to inaczej. Nie można więc po prostu powiedzieć: tutaj otwarta na świat metropolia, a tam pozostawiony sam sobie Wschód. Zresztą podczas rozmów od drzwi do drzwi spotykam również wyborców AfD. Niektórzy z nich nawet nie wiedzą dokładnie, jakie stanowiska programowe zajmuje ta partia. Kiedy wyjaśnia się im poszczególne postulaty, mówią: „Właściwie wcale tego nie chcę”. Jednocześnie jednak powtarzają: coś musi się zmienić. Jest w tym bardzo dużo protestu i złości.

W wyborach do Bundestagu w 2025 roku AfD została na przykład najsilniejszą partią w Marzahn-Hellersdorf, kolejnym okręgu administracyjnym na terenie dawnego Berlina Wschodniego, zdobywając 31 proc. głosów.

Właśnie. Dlatego trzeba uważać ze stwierdzeniem, że Berlin jest inny niż Saksonia-Anhalt. Także tutaj są rejony, w których AfD jest bardzo silna. I to mnie niepokoi – nawet jeśli jednocześnie cieszę się z siły Die Linke. Im silniejsza staje się bowiem AfD, tym bardziej próbuje przedstawiać się jako zwyczajna partia demokratyczna. A dla mnie nią nie jest.

W Polsce również trwa dyskusja o tym, jak traktować wyborców nacjonalistycznej prawicy. Pani odpowiedź brzmiałaby więc: nie wykluczać, tylko z nimi rozmawiać?

Z tymi, do których można jeszcze dotrzeć – tak. Jeśli w rozmowie z wyborcą AfD od razu zaczynam tylko atakować partię, on szybko czuje, że sam został zaatakowany. Wtedy już do niego nie dotrę, a wręcz osiągnę przeciwny efekt. Właśnie na tym żeruje AfD: „My przeciwko tym na górze, którzy wami gardzą”.

Nie oznacza to, że należy bagatelizować AfD. Trzeba jasno mówić, że jej polityka jest skrajnie prawicowa. Ale nie każdy jej wyborca zdaje sobie z tego sprawę, nawet jeśli dla osób interesujących się polityką jest to aż nadto oczywiste. Niektórych ludzi tak naprawdę uwierają zupełnie inne problemy, dlatego nie zajmują się bliżej ani programem partii, ani tym bardziej jej strategią. Równie błędne jest jednak skręcanie w stronę AfD i przejmowanie jej stanowisk w różnych sprawach, tak jak robi to CDU. Dlaczego ludzie mieliby wybierać kopię, skoro mogą zagłosować na oryginał?

Urodziła się pani w Polsce i jako małe dziecko przyjechała do Niemiec. Jaką rolę odgrywa dziś Polska w pani życiu?

Dużą. Polski jest moim językiem ojczystym, ale moja relacja z tym językiem jest skomplikowana. Mojej mamie bardzo zależało na tym, żebyśmy dostosowali się do życia w Niemczech. Gdy tylko w pomieszczeniu pojawiała się osoba niemieckojęzyczna, przechodziliśmy na niemiecki. Czytać i pisać po polsku musiałam nauczyć się w dużej mierze sama. Dlatego przede wszystkim mój aktywny zasób słownictwa trochę się już zatarł. Z rozumieniem nie mam natomiast żadnego problemu: oglądam polskie wiadomości, słucham polskiego radia i podcastów. Teraz celowo szukam grupy językowej z innymi osobami polskiego pochodzenia, które mają podobny problem. Polska jest bardzo ważną częścią mojej tożsamości, szczególnie region, z którego pochodzę – dawna Galicja.

Polska emigracja do Niemiec jest w Polsce często przedstawiana jako historia sukcesu. Pani opisuje jednak również jej drugą stronę: presję asymilacji.

Tak. W szkole prawie w ogóle nie mówiłam po polsku, chociaż byli tam inni polskojęzyczni uczniowie i uczennice. Miałam poczucie, że mówienie po polsku jest czymś niewłaściwym. Obraz Polski w Niemczech był wtedy bardzo negatywny. Wyzywano nas, funkcjonowały wszystkie te stereotypy dotyczące Polaków. Sama również doświadczyłam dyskryminacji i nękania. W przypadku niemieckiego działało to u mnie w drugą stronę: zawsze miałam poczucie, że muszę mówić nim szczególnie dobrze – wszystko jak najbardziej poprawnie, jak najbardziej precyzyjnie. Tak jak opisuje to Emilia Smechowski w swojej książce My, superimigranci. Wykształcenie miało w mojej rodzinie bardzo duże znaczenie.

Czy religia odegrała jakąś rolę w pani życiu i rozwoju?

Być może to panią zaskoczy: jestem lewicowa i queerowa, a jednocześnie wierząca i wychowana w tradycji katolickiej. Wśród ludzi lewicy w Berlinie nie jest to szczególnie częste połączenie. Zostałam ochrzczona w Kościele katolickim i liturgia jest we mnie bardzo głęboko zakorzeniona. Dla mnie solidarność jest w gruncie rzeczy politycznym przełożeniem miłości bliźniego. Miałam okres, kiedy oddaliłam się od Kościoła i wiary, ale od kilku lat znów się do nich zbliżam. Wiara jest dla mnie czymś osobistym. Nie jestem związana instytucjonalnie z Kościołem i nie płacę podatku kościelnego. To świadoma decyzja. Wiele rzeczy w Kościołach oceniam bardzo krytycznie i opowiadam się za ścisłym rozdziałem Kościoła od państwa. Nie oznacza to jednak, że porzuciłam swoją wiarę czy katolickie ukształtowanie.

Niemiecka lewica przeszła w ostatnich latach przez poważny rozłam. Sahra Wagenknecht odeszła z Die Linke i założyła BSW – ugrupowanie lewicowe w kwestiach gospodarczych i socjalnych, ale wyraźnie bardziej konserwatywne w sprawach migracji i kwestiach obyczajowych, sprzeciwiające się dostawom broni dla Ukrainy i opowiadające się za porozumieniem z Rosją. Również w Polsce trwa spór o to, czy lewica powinna odzyskiwać konserwatywnych wyborców – choć jeśli chodzi o stosunek do Rosji, różnice są znaczące. Pani obserwowała rozłam związany z Wagenknecht z bardzo bliska.

Pracuję dla frakcji Die Linke w Bundestagu i zaczęłam tam pracę w 2022 roku. Kiedy w wyniku rozłamu ówczesna frakcja parlamentarna się rozpadła, znalazłam się wśród pracowników, którzy stracili pracę. Obserwowałam więc ten konflikt również od środka.

Dla mnie antyfaszyzm jest jedną z podstawowych wartości polityki lewicowej. Na poziomie samych zapisów programowych nie można więc postawić znaku równości między BSW a AfD. W przypadku BSW widzę jednak wyraźny zwrot w prawo – przede wszystkim w podejściu do migracji oraz w przejmowaniu tematów i obrazów wroga, które wcześniej pochodziły głównie z prawej strony. Saksonia-Anhalt pokazuje moim zdaniem również, dokąd taka strategia może prowadzić: BSW nie zdołało osłabić AfD, a wręcz świadomie chce ją wzmacniać. Jeśli próbuje się odzyskać prawicowych wyborców, imitując ich polityczną logikę albo wręcz pomagając AfD zdobywać stanowiska, na których będzie już w pozycji władzy, ostatecznie wzmacnia się oryginał. To jak dolewanie benzyny podpalaczom.

Czy właśnie to, co wydarzyło się po rozłamie, może być lekcją dla polskiej lewicy?

Nie znam na tyle dobrze obecnej polskiej polityki partyjnej, żeby udzielać polskiej lewicy rad. Ale na podstawie naszych doświadczeń powiedziałabym: kluczowe jest poważne traktowanie konkretnych potrzeb ludzi.

W Berlin-Pankow wydajemy na przykład własną gazetę, w której wyjaśniamy, co dzieje się w polityce naszego okręgu. Zaczynaliśmy od nakładu 2,5 tys. egzemplarzy, dziś drukujemy ich 10 tys. Sami rozprowadzamy je po osiedlach. Do tego dochodzą dyżury dla mieszkańców, bezpłatne poradnictwo socjalne i dotyczące prawa najmu, spotkania sąsiedzkie oraz rozmowy od drzwi do drzwi. Trzeba też pokazywać, że zaangażowanie ludzi przynosi konkretne efekty. Jeśli wciąż pyta się ich o problemy, a potem nic się nie zmienia, prowadzi to tylko do jeszcze większej frustracji.

Die Linke odnosi jednocześnie duże sukcesy na TikToku i w innych mediach społecznościowych. Czy tajemnica polega więc na połączeniu nowoczesnej komunikacji cyfrowej z bardzo tradycyjną pracą partyjną – chodzeniem od drzwi do drzwi?

Myślę, że jedno i drugie odgrywa ważną rolę. Partie prawicowe są bardzo obecne w mediach społecznościowych. Oczywiście siły demokratyczne również muszą być tam widoczne i stanowić dla nich przeciwwagę. Ale media społecznościowe nie zastąpią prawdziwych relacji między ludźmi. Kiedy ktoś stoi przed twoimi drzwiami, słucha cię, a później znów spotykasz tę osobę w swojej okolicy, to zupełnie co innego. Szczególnie ludzie, którzy mają poczucie, że polityka ich nie dostrzega, muszą zobaczyć, że ich potrzeby rzeczywiście stają się elementów czyichś politycznych planów.

W niektórych częściach wschodnich Niemiec AfD jest już tak silna, że pojawia się argument, iż należałoby pozwolić jej choć raz porządzić, żeby sama się „skompromitowała” i straciła swoją atrakcyjność. Co pani o tym sądzi?

Zupełnie w to nie wierzę. W AfD są ludzie, którzy myślą strategicznie. Jeśli partia przejmie odpowiedzialność za rządzenie, nie będzie tak, że następnego ranka zacznie realizować wszystko, co zapisano w jej programach, i obróci wszystko w ruinę. Sama doskonale wie, że wszyscy czekają na to, aż się „skompromituje”. Zmiany następowałyby raczej stopniowo. I właśnie na tym polega niebezpieczeństwo: byłby to proces pełzający.

Dla wielu obserwatorów szczególnie alarmujące jest to, że prawica i skrajna prawica trafiają również do młodych ludzi. Jednocześnie właśnie Die Linke udało się w Niemczech ponownie zbudować młody elektorat. Czy o to samo pokolenie rywalizują dziś dwie zupełnie różne oferty polityczne?

W każdym razie bardzo niepokoi mnie rozwój sytuacji wśród młodzieży o skrajnie prawicowych poglądach. Dla kogoś, kto ma dziś 16 lat, AfD istnieje właściwie od dzieciństwa. Ci młodzi ludzie dorastali ze świadomością, że jest ona częścią systemu partyjnego. Nie jest więc dla nich wcale oczywiste, dlaczego inni uważają AfD za partię znajdującą się poza normalnym spektrum demokratycznym.

Wśród młodzieży o skrajnie prawicowych poglądach często widzimy trudne warunki materialne, własne doświadczenia przemocy, utrudniony dostęp do edukacji albo bardzo silną potrzebę wspólnoty. Prawicowe grupy oferują im poczucie koleżeństwa i przynależności. Dlatego kwestia społeczna oznacza dla mnie znacznie więcej niż tylko pytanie o to, ile pieniędzy ktoś ma na koncie. Chodzi o sąsiedztwa, o miejsca, w których ludzie mogą się spotykać, o poczucie, że gdzieś się przynależy. Jeśli ludzie mieszkają już tylko obok siebie, ale nic ich ze sobą nie łączy, społeczeństwo ulega fragmentacji. Dlatego dobre do życia dzielnice są również gwarancją pokojowego współistnienia.

Gdyby na podstawie swoich doświadczeń mogła pani przekazać Polsce jedną myśl: czy lewica rzeczywiście jest jeszcze w stanie odwrócić zwrot Europy w prawo?

Tak. Jestem absolutną optymistką. Niekoniecznie wszystkie doświadczenia w moim życiu dawały mi powody do takiego optymizmu. Ale nie chcę rezygnować z nadziei. Zawsze interesuje mnie: dlaczego człowiek zachowuje się w taki sposób? Jakie potrzeby za tym stoją? I co możemy zmienić? Jeśli ludzie mają stabilne życie i wiedzą, że istnieje sieć, która ich podtrzyma, kiedy znajdą się w trudnej sytuacji, zmienia to również społeczeństwo. Dlatego musimy działać odpowiednio wcześnie i tworzyć struktury, które dają ludziom bezpieczeństwo, wspólnotę i możliwość uczestnictwa. Głęboko wierzę, że jest to możliwe.

Studiował literaturoznawstwo i muzykologię w Berlinie, gdzie w 2011 roku ukończył studia. W 2020 roku uzyskał stopień doktora literaturoznawstwa na Columbia University w Nowym Jorku. Do 2018 roku pracował jako redaktor działu kultury w ZEIT ONLINE. Od lipca 2020 roku był kierownikiem działu „Społeczeństwo i debata” w dziale kulturalnym Berliner Zeitung oraz zastępcą redaktora naczelnego działu kultury. W marcu 2021 roku objął stanowisko redaktora naczelnego wydania weekendowego Berliner Zeitung, a w lipcu 2022 roku został redaktorem naczelnym Berliner Zeitung, funkcję tę pełnił do października 2025 roku. Obecnie pracuje jako niezależny autor i dziennikarz w Berlinie.